Strona główna / CZTERNASTY W KORONIE
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Góry świata, Opowiadanie o zdobyciu Nanga Parbat


Krzysztof Wielicki Himalaje zdjęcia

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Nanga Parbat zdjęcia galeria

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         

CZTERNASTY W KORONIE Nanga Parbat - Himalaje  GALERIA - ZDJĘCIA
Opowiadanie - Krzysztof Wielicki
      To była moja najkrótsza wyprawa. Trwała zaledwie 8 dni. Od wyjścia z drogi jezdnej, do zejścia do drogi jezdnej. Nie słyszałem, aby ktoś w krótszym czasie zdobył ośmiotysięcznik - mówi Krzysztof Wielicki.CZTERNASTYWKORONIE

    Zawsze gdy tylko nadarzała się okazja uciekałem z zatłoczonego, pełnego zgiełku, spalin i hałasu miasta w góry. Po prostu chodziliśmy to była pasja, to była przyjemność. Moim celem stały się wyprawy w wysokie góry połączone ze zdobywaniem coraz wyższych, trudniejszych szczytów a nie sukcesy sportowe. Tak naprawdę pierwszy raz pomyślałem o  Koronie Himalajów, kiedyś w latach dziewięćdziesiątych, po zdobyciu dziesięciu ośmiotysięczników. W 1995 roku skorzystałem z nadarzającej się okazji zdobycia obu Gaschelbrunów I i II – to był dobry rok. Wracając, jak senne marzenie opanowała mnie myśl, aby w kolejnym 1996 roku zdobyć K2, oraz Nanga Parbat - ostatnie dwa szczyty, brakujące do Korony Himalajów.

        Ponieważ były to czasy, że Pakistan niechętnie dawał dwa zezwolenia rocznie, przewidziałem to wcześniej w Polsce. Przygotowane zostały dwie wyprawy, które działały równolegle, ale były nieco przesunięte w czasie. Plan był prosty. Liczyłem na to, że z pierwszą od strony Chińskiej zdobędziemy K2, następnie zejdziemy na stronę Pakistańską i dołączę do drugiej wyprawy, która będzie działała pod Nanga Parbat, gdzie będzie miała założone obozy i razem zdobędziemy szczyt.

              Okazało się że nie wszystko poszło tak pięknie, jak było zaplanowane. Zdobycie K2 troszkę się nam przedłużyło. Myśleliśmy, że wcześniej skończymy tą wyprawę. Niestety warunki tego roku były dość trudne. Dotarły do nas jakieś odpryski monsunów, zaczęło trochę padać, przyszedł śnieg, co było  rzeczą niezwykłą o tej porze roku. Bardzo rzadko w tym czasie pada śnieg. To wszystko opóźniło nam działalność. Zdobyłem K2 8-go sierpnia. Rysiek Pawłowski i Piotrek Pustelnik wchodzili tydzień później, czyli w zasadzie już po sezonie w Karakorum.

            Ten sam monsun, który psuł nam pogodę oparł się o stoki, jeszcze bardziej na południe wysuniętego Nanga Parbat. Pogoda była tam fatalna jeszcze gorsza jak u nas i chłopcy którzy byli pod Nanga Parbat na przełomie lipca i sierpnia zrezygnowali. Zresztą nie tylko oni, bo wszystkie wyprawy które były pod Nanga Parbat zrezygnowały.

           Nam się udało wejść na K2. Właściwie dopiero po zejściu dowiedzieliśmy się, że naszych nie było już pod Nanga Parbat, cóż było robić? Liczyłem na to, że może jest jakaś inna wyprawa do której mógłbym się dołączyć, może Rumuni. Okazało się że nie ma już nikogo, wszyscy wyjechali.

         Wracaliśmy przez Pakistan po 20 sierpnia, miałem nadzieję, że Rysiek Pawłowski pójdzie ze mną, obiecał mi że razem pójdziemy . Znał dobrze górę, był tam wcześniej, a w zespole dwójkowym zawsze lepiej iść.  Rysiek być może był zmęczony po K2, poza tym był umówiony z klientami i dał mi delikatnie do zrozumienia że wolałby wracać.

                 Zostałem sam.  Zupełnie sam musiałem podjąć dość trudną decyzję wracać do kraju, czy próbować zdobyć czternasty ośmiotysięcznik. Zbyt późno przybyliśmy, w zasadzie nie miałem prawa tu być, pomimo iż byłem wpisany na listę wyprawy, która miała wykupione zezwolenie. W tym momencie podjąłem desperacką decyzję, muszę to zrobić, choćby sam, to stało się moim marzeniem, choćby za wysoką cenę. Chillas jest małą miejscowością na Karakorum Highway. Spotkałem tam Manama, który był sardarem na polskiej wyprawie. On wiedział, że ja wracając z K2 będę chciał dołączyć do ich wyprawy i czekał na nas. Spodziewał się kilku osób.  Gdy zobaczył, że jestem sam, trochę pokiwał głową i powiedział no jak chcesz, możesz iść.

           Na drugi dzień spotkałem dwóch chłopaków z Hunzy, którzy towarzyszyli mi pod K2. Poprosiłem ich, aby poszli ze mną. Chciałem mieć obok siebie jakąś bratnią duszę. Czułem jakiś dziwny niepokój. Wszyscy chodzą tam z karabinami. Jak spytasz dlaczego, odpowiedzą  ci, bo tutaj jest wolność i mężczyzna musi mieć karabin. Kupiłem trochę żywności, wynająłem trzech czy czterech tragarzy, którzy wzięli zapasy i poszliśmy do doliny Diamir.  Hunzowie poszli ze mną tak bardziej z sympatii, niż dla zarobku. Jak było do przewidzenia na pierwszym noclegu, gdy spaliśmy wokół ogniska na karimatach, otoczyli nas tubylcy, mieszkańcy doliny i stwierdzili, że tych dwóch nie może iść dalej. Nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś spoza ich doliny mógł tu wejść. Traktowali to jak naruszenie ich terytorium, ich prawa do zarobku, ich niepodległości. Hunzowie musieli wracać. Gdyby tego nie zrobili, doszłoby do bitki z której nie wyszliby cało. Moi przyjaciele  zwinęli się następnego dnia rano i grzecznie wrócili do domu.

          Chyba po dwóch dniach doszedłem do ostatniej wioski. W zasadzie trudno nazwać to wioską, gdyż jest to osada pasterska składająca się z kilku szałasów zbudowanych z kamienia i drewna, a ostatnia wioska pozostała tysiąc metrów niżej. Tam spędziłem pół dnia. Pogoda była dobra, była bardzo dobra. Tak naprawdę to nie znałem drogi prowadzącej na szczyt. Nie zajmowałem się topografią góry, bo miała tam działać nasza wyprawa. Wiedziałem tylko że prowadzi gdzieś z lewej strony i na tym koniec. Pod wieczór spakowałem się. Trzeba było wziąć ze sobą wszystko.  Droga pod ścianę była cholernie długa. Niosąc dwa plecaki dotarłem tam po dziewiątej wieczór. Pod ścianą znalazłem ślady lin po kolegach, później były drabiny, długości 300 m w pionowej skale. Potem znalazłem dużo różnego sprzętu, który pozwolił mi wspinać się w nocy. Przez całą noc się wspinałem. Droga była oblodzona, były bardzo trudne warunki, kamienie. Dlatego musiałem zrobić to w nocy, aby uniknąć spadających kamieni.

           Rano o 6 może 7 byłem w tzw. Gnieździe Orłów. I tam zrobił mi się jakiś wrzód na brodzie. Aby się ratować zjadłem dużą część zapasów tabletek, antybiotyków. traciłem przytomność, odpłynąłem. Momentami nie wiedziałem gdzie jestem, traciłem przytomność, po prostu odpłynąłem. Przychodzili do mnie moi bliscy, koledzy z wypraw, Wandzia Rutkiewicz.  Patrząc z perspektywy czasu to był krytyczny moment. Będąc sam na wysokości ponad 5000 m. nie mogłem oczekiwać jakiejkolwiek pomocy. Przeleżałem ten dzień w namiocie. Następnego dnia pokonałem dwa odcinki i wszedłem na jakieś 7200, może 7300. Teren nie należał do najtrudniejszych, więc pokonałem go bez asekuracji, zachowując ostrożność.

            W tym miejscu zobaczyłem linkę wystającą ze śniegu, spod seraka. Zacząłem odgrzebywać śnieg i po paru minutach zobaczyłem złamaną kalenicę namiotu. Jeszcze parę energicznych ruchów i znalazłem się w środku. I znowu miłe zaskoczenie. Ten namiot należał do naszej polskiej wyprawy. Chłopcy walczyli z okrutną pogodą aż tutaj. Właściwie przesiedziałem całą noc i gotowałem sobie wodę na herbatę. Od wieczora do północy czas się dłużył niemiłosiernie. Do rana nie mogłem zasnąć, aby nie zamarznąć, aby nabrać sił, cały czas gotowałem wodę,  

            Około trzeciej rano wyszedłem z naszego rozbitego namiotu z zamiarem wejścia na szczyt. Zaczęła się końcowa walka o czternasty ośmiotysięcznik w Koronie. Do szczytu którego pozostało ok. 900 m przewyższenia. Dalsza droga była strasznie zagmatwana. Wyglądało to tak jakby Mięguszowieckie postawił na szczycie ogromnego masywu

            Cały czas szukałem drogi na wierzchołek, poprzez jakieś kuluary, filary, na tej zasadzie byle wyżej, byle do góry. Dopiero jak byłem przed wierzchołkiem poznałem przełączkę między szczytami. Z tego miejsca zupełnie łatwo, granią po ok. 15 minutach zdobyłem szczyt. Był 1 września 1996 roku Na wierzchołku znalazłem niezwykłe rzeczy. Mosiężny hak z wygrawerowanym znakiem wyprawy z Austrii w 1776 r., oraz przyczepioną do niego żółtą chustkę. Zrobiłem wiele pamiątkowych zdjęć, zabrałem kamienie, hak z chustką. Jeszcze tego samego dnia zszedłem, potem zjechałem do Gniazda Orłów, gdzie spędziłem tą feralną noc. Następnego dnia nad ranem musiałem zjechać te cholerne kuluary. Na miejscu znalazłem stare liny, które powycinałem, połączyłem, aby mieć na kuluar. Po południu znalazłem się pod ścianą, na dole, na lodowcu. Naprzeciw wyszedł sardar. Chyba z radości, na powitanie walnął całą serię z kałasza i pokazuje mi, że oni w wiosce mieli lunetę przez którą mieli mnie cały czas na oku i wiedzieli co się dzieje. Powiedzieli, że teraz cała wioska może zaświadczyć moje wejście na szczyt.

         W 2000 r. we Włoszech będąc na konferencji poświęconej ośmiu tysiącom spotkałem Roberta Schauera. Okazało się że żółtą chustkę podarował mu jego ojciec na szczęście. Wtedy był on najmłodszym zaledwie 18 letnim uczestnikiem wyprawy. Oddałem mu połowę chustki, a hak jest w mojej kolekcji i przypomina mi czternasty ośmiotysięcznik.

           

           Opracowanie Janusz Jędrygas

Beskidy strona główna >>>

Tatry strona główna >>>

Przewodnik beskidzki i tatrzański usługi zadzwoń >>>

W górach nr 1 spis treści >>>

Galerie zdjęć >>>

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA