Strona główna / PAMIR - PIK LENINA
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
PAMIR - PIK LENINA - SZANSA DLA CIEBIE

[ Góry, Pamir wschód słońca ]


Góry Pamir wschód słońca


Marian Bała piękne szczyty zdjęcia galeria

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Mongolia góry, stepy zdjęcia galeria

Wyspa Skarbów, Wyspa Robinsona zdjęcia galeria
Góry w Azji. Jak zdobyć Pik Lenina za 1300zł
czyli poradnik młodego podróżnika
Wojciech Kozub
 

Nasza przygoda rozpoczęła się 19 lipca 2004 roku. Wsiedliśmy do pociągu Kraków-Warszawa, później do Terespola i Brześcia. Już od samego początku wiedzieliśmy, że 1300 złotych na osobę może być trochę za mało, ponieważ ceny biletów na pociągi w krajach na wschód od Polski w przeciągu kilkunastu lat zdrożały wielokrotnie. Jednak nie przejmowaliśmy się tym, mając w głowie jedyny wymarzony cel - wejście na Pik Lenina w Pamirze.

 Do Moskwy dojechaliśmy po dwóch dniach. Tam mieliśmy zamiar przesiąść się na ''pojazd'' do Biszkeku stolicy Kirgizji. Okazało się jednak, że pociąg w tamtym kierunku odjeżdża dopiero za dwa dni. Zdecydowaliśmy się więc pojechać do Taszkientu w Uzbekistanie. Od odjazdu dzieliła nas niecała godzina, więc ja stanąłem w kolejce po bilet, a Łukasz pobiegł rozmienić pieniądze. Kiedy w końcu dostałem się do kasy, siedząca tam pani powiedziała mi, że dziesięć minut przed odjazdem nie sprzeda nam biletów. W tej sytuacji nie mieliśmy dużego wyboru, toteż wsiedliśmy do pociągu bez biletów. Chwilę po tym jak ruszyliśmy, do naszego przedziału wszedł prowadnik (odpowiednik konduktora) w celu ustalenia wysokości opłaty za przejazd. Chcąc oszczędzić jak najwięcej, wynegocjowaliśmy satysfakcjonującą dla obu stron sumę, która była mniejsza o około połowę w stosunku do oficjalnej ceny biletu.

Podróż z Moskwy do granicy kazachsko-uzbeckiej trwała cztery dni. Krajobraz z początku lesisty, potem stepowy, zmieniał się stopniowo w coraz mniej zróżnicowany i bardziej suchy. Po dwóch dobach jechaliśmy doliną Syr-darii przez pustynie Kyzył-Kum; wielbłądy, które co jakiś czas ukazywały się naszym oczom, stały się nieodłącznym elementem panującego wokół nas krajobrazu.
Niestety sielanka skończyła się z chwilą, gdy znaleźliśmy się na granicy z Uzbekistanem - nie posiadaliśmy wizy do tego kraju, przez co zostaliśmy wyrzuceni z pociągu i cofnięci z powrotem do Kazachstanu. Oczywiście przed wyjazdem wiedzieliśmy o obowiązujących przepisach związanych z przebywaniem na terenie krajów, w których spodziewaliśmy się przebywać, ale zwyczajnie sobie to zlekceważyliśmy, wierząc, że i tak jakoś dojedziemy. Po kolejnych dwóch dniach obfitych dla nas w zwroty akcji, to w jedną, to w drugą stronę, nareszcie dojechaliśmy do Biszkeku, gdzie załatwiliśmy wszelkie niezbędne formalności dotyczące działalności górskiej oraz sprawy wyżywienia.
Kontynuując idee wyprawy niskobudżetowej udało nam się załatwić tani transport do Osz - ostatniego dużego miasta na naszej trwającej już osiem dni wyprawie. Droga licząca około 650 kilometrów z Biszkeku do Osz przecina zachodni masyw gór Tien-Shanu, pnąc się miejscami przez przełęcze wznoszące się powyżej 3000m n.p.m. Podczas tej podróży, która trwała osiemnaście godzin mieliśmy możność poznania specyfiki jazdy i możliwości techniczne temtejszych kierowców. Ekwilibrystyka, którą wykonywali na skalnych pagórkach swymi pojazdami, była imponująca.
Kiedy znaleźliśmy się w Osz, okazało się, że autobus do Sarysz Mogoł, miejscowości oddalonej o czterdzieści kilometrów od bazy na Ługowej Polanie pod Pikiem Lenina, odjeżdża dopiero za dwa dni. Zdecydowaliśmy pojechać innym środkiem transportu. Zawieziono nas do miejscowości odległej o około sto kilometrów od bazy. Miejscowość ta położona była w sercu jednego z pasm gór ałajskich, którego najwyższym szczytem jest pięciotysięcznik Pik Skobyliewa.
W wiosce tej nie zabawiliśmy zbyt długo. Po piętnastu minutach łapania ''stopa'' zabrała nas cysterna, która należała do przejeżdżającego właśnie tego dnia konwoju wojsk rosyjskich udających się w kierunku granicy afgańskiej. Tak dojechaliśmy do Sary Tasz, skąd do Ługowej Polany zostało już tylko siedemdziesiąt kilometrów. Kiedy wysiedliśmy z ciężarówek, po raz pierwszy zobaczyliśmy ośnieżone szczyty wyrastające z idealnie płaskiej powierzchni, jaką stanowi kotlina, w której się znaleźliśmy. Położona jest na wysokości około 2900m
n.p.m., szeroka na czterdzieści kilometrów. Wzdłuż niej płynęła rzeka o czerwonawym kolorze z licznymi dopływami mającymi swe źródła w pamirskich lodowcach. Tak pięknego widoku nie spodziewaliśmy się ujrzeć, dlatego też myśl o pokonaniu pieszo siedemdziesięciu kilometrów do bazy nie była dla nas przerażająca; wręcz odwrotnie - zawsze marzyliśmy o takiej wędrówce. Jednak po pięciu kilometrach marszu z plecakami ważącymi ponad czterdzieści kilogramów, piękno otaczającej nas przyrody coraz bardziej zagłuszał ból pleców uginających się pod ciężarem sprzętu wspinaczkowego, namiotów i wyżywienia na cały miesiąc. Gdy zbliżał się zachód słońca, zaczęliśmy rozglądać się za dogodnym miejscem na nocleg, kiedy nagle ujrzeliśmy na horyzoncie jadący w naszym kierunku samochód. I znów szczęście się do nas uśmiechnęło - przejeżdżająca Łada Niwa z nadkompletem pasażerów wzięła nas i podwiozła kolejne dwadzieścia kilometrów do miejscowości Sarysz Mogoł. Tam w domu kierowcy - gospodarza zostaliśmy mile ugoszczeni. Następnego ranka udaliśmy się w dalszą drogę.
Wędrówka przez wysokogórską pustynie dostarczyła nam wielu wrażeń, szczególnie podczas przekraczania rwącej rzeki wypływającej z Lodowca Lenina. Po pokonaniu czterdziestu kilometrów w czasie dwóch dni, znaleźliśmy się na Ługowej Polanie położonej na wysokości 3500m
n.p.m. Ten kilkudniowy marsz z ciężkimi plecakami okazał się świetnym wstępem do aklimatyzacji, która później, dzięki powolnemu przyzwyczajaniu naszych organizmów do dużych wysokości, przebiegała bez żadnych poważniejszych problemów.
Po dwóch dniach odpoczynku na ''cebulowej polanie” wyruszyliśmy w kierunku obozu I  położonego na wysokości 4300m
n.p.m. Po przejściu przez Przełęcz Podróżników (4150m) zeszliśmy na Lodowiec Lenina i nim, po całym dniu marszu, dotarliśmy na miejsce. W obozie tym założyliśmy swoją prowizoryczną bazę w postaci jednego trzyosobowego namiotu, w którym przez kolejne kilka dni toczyło się nasze skromne ''życie towarzyskie''.
Obóz I znajduje się u podnóża trzykilometrowej, północnej ściany Piku Lenina, którego wierzchołek sięga do wysokości 7134m
n.p.m. Droga, jaką obraliśmy, przecina ową ścianę w jednej trzeciej jej wysokości i trawersuje do obozu II (5200m) usytuowanego na grzędzie opadającej z jednego z wierzchołków należących do masywu Razdielnej -sześciotysięcznika. Dalej wiedzie droga do kolejnego, a zarazem traktowanego zazwyczaj jako ostatniego, obozu III położonego nieco powyżej 6100m n.p.m. Niektóre ekipy zakładają dodatkowo obóz IV usytuowany na grani podszczytowej Piku Lenina w celu skrócenia drogi na szczyt. My jednak stwierdziliśmy, że w naszym wypadku taktyka ta raczej nie będzie miała większego znaczenia tym bardziej, że posiadaliśmy jedynie dwa namioty - jeden, który służył nam jako stała baza oraz drugi przenośny - tak zwana ekstremalna dwójka ''Treking Gobi'' kupiony na promocji za sumę 120 złotych.

Po kilku dniach naszej działalności znaleźliśmy się w obozie III, gdzie następnego dnia mieliśmy zamiar przeprowadzić atak szczytowy. Jednakże wczesnym rankiem okazało się, że wiatr wiejący na zewnątrz jest tak silny, iż ledwo da się ustać w pozycji pionowej. W związku z tym byliśmy zmuszeni do spędzenia co najmniej jeszcze jednego noclegu w niezbyt ''gościnnym'' miejscu,  jakim był obóz III.

Tego dnia była bardzo piękna pogoda (nie biorąc pod uwagę huraganowego wiatru), więc mimo kilku niedogodności związanych z parametrami technicznymi naszego namiotu, mogliśmy godzinami odpoczywać i co jakiś czas delektować się widokami, które otaczały nas z każdej strony świata.

Następnego dnia wiatr uspokoił się i oboje ruszyliśmy na szczyt. Trasa z obozu III wiodąca na główny wierzchołek pokonuje po drodze jeszcze dwie kulminacje znajdujące się w bocznej, zachodniej grani Piku Lenina. Podczas wychodzenia rozdzieliliśmy się, stosując sprawdzoną wcześniej przez nas taktykę polegającą na tym, że każdy dobiera dla siebie właściwe tempo gwarantujące dobre samopoczucie podczas wspinaczki. Taktyka ta odpowiadała nam, gdyż z doświadczenia wiedzieliśmy, jak uciążliwym jest czekanie na kogoś w nieskończoność lub odwrotnie - próbując nadążyć za idącym szybciej kolegą.

Wieczorem w promieniach zachodzącego słońca byliśmy u celu naszej bogatej w nieprzewidywalne zdarzenia podróży. Łukasz dotarł na szczyt trzy godziny wcześniej niż ja i czekał na mnie, dzięki czemu później mogliśmy już razem spokojnie schodzić w dół. Podczas zejścia często się zatrzymywaliśmy, nie mogąc napatrzyć się wokoło. Był zachód słońca, a my szczęśliwi i przekonani o tym, że znajdujemy się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.

KONKURS
Szansa dla Ciebie W górach! Jeżeli masz do 25 lat i dokonałeś niezwykłej wyprawy – napisz do nas. Opisz swoją wyprawę i załącz do opisu swoje zdjęcia. Tekst będzie przyjmowany wyłącznie w formie elektronicznej, zdjęcia tradycyjne, lub w formie elektronicznej. Naszą nagrodą dla Ciebie będzie publikacja najlepszego artykułu, na łamach czasopisma W górach.

Beskidy strona główna >>>

Tatry strona główna >>>

Przewodnik beskidzki i tatrzański usługi zadzwoń >>>

W górach nr 1 spis treści >>>

Galerie zdjęć >>>

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA