Strona główna / nr 2 (2) - LATO 2004 / HISTORIA ZDOBYCIA K-2
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
HISTORIA ZDOBYCIA K-2 - PIĘĆDZIESIĄTA ROCZNICA ZDOBYCIA K-2


Krzysztof Wielicki Dhaulagiri zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         

Historia zdobycia K-2 8611 m n.p.m. 

Krzysztof Wielicki

 

            ...U źródeł Saltora odkryłem wspaniały szczyt, który wznosił się wysoko ponad pasmo Himalajów, błyszcząc w słońcu przepięknymi lodowcami. Zachwycony tym wspaniałym widokiem, odmierzyłem podstawę, i przy pomocy uniwersalnego przyrządu Kerna określiwszy wysokość szczytu na 28 000 stóp (8534 m), nazwałem go szczytem Carawicza Mikołaja... – pisał pod koniec XIX w. Polski podróżnik Bronisław Grąbczewski nie wiedząc o tym, że właśnie podziwia odkryty przez Anglików trzydzieści lat wcześniej drugi szczyt świata – K-2.

            Dzisiaj miłośnik gór czytając o K-2 kojarzy z pewnością dwójkę w nazwie szczytu z drugą wysokością na kuli ziemskiej i pewnie myśli, iż ta dwójka została specjalnie wprowadzona do nazwy dla podkreślenia owego faktu. Czasami dziwny przypadek kieruje losem. W 1856 roku grupa angielskich topografów kierowana przez kpt. T.G. Montgomerie prowadziła prace mające na celu pomiary szczytów w Karakorum. Podczas sporządzania siatki kartograficznej ustalono zasady nazewnictwa mierzonych szczytów. Praktyczni Anglicy postanowili nazwać wszystkie szczyty od nazwy Karakorum – „K” i nadać im cyfry 1,2,3 itd. poczynając od wschodu na zachód. W ten sposób dzisiejszy Masherbrum (7821 m n.p.m.) to pierwotne K-1, a tylko przypadek sprawił, iż K-2 otrzymał drugi numer. Przed laty próbowano zmienić nazwę szczytu na angielskie „Mount Waugh”, „Mount Montgomerie”. Propozycje te nie przyjęły się w środowisku górskim. Kolejną propozycją były tłumaczenia nazwy „Wielka Góra” na miejscowe języki, w wyniku których powstały czasem użuwane nazwy: Chogori, oraz Lamba Sahar. Jednak mimo tych prób nazwa K-2 wydaje się nie zagrożona.

            Pierwsza międzynarodowa wyprawa w skład której wchodzili Anglicy, Austriacy, oraz Szwajcar, mająca na celu zdobycie K-2 wyruszyła w 1902 roku i osiągnęła wysokość ok. 6600 m. Kolejna wyprawa została zorganizowana w 1909 roku przez słynnego alpinistę Luigi Amadeo di Savoia, księcia Abruzzi. Do współpracy zaprosił on pionierów wspinaczki zimowej, przewodników i tragarzy alpejskich, lekarza, fotografów i topografa. Dotarli do wysokości ok. 6000 m. Na tej wyprawie wykonano dokumentację fotograficzną i sporządzono dokładne mapy terenu z których wielokrotnie korzystały wyprawy próbujące zdobyć K-2. W 1938 roku wyprawa amerykańska Charlesa Houston osiągnęła punkt 7925 m na grani północno-wschodniej. W następnym roku F. Wissner i słynny Szerpa Pasang Dawa Lama z drugiej wyprawy amerykańskiej doszli do wysokości 8370 m. Równie wysoko dotarła trzecia wyprawa amerykańska w 1953 roku (ponownie kierował nią Houston).

            W 1954 roku Włosi zorganizowali z wielkim rozmachem wyprawę mającą na celu zdobycie K-2. Kierownikiem wyprawy został profesor geologii Ardito Desio, weteran wyprawy z 1929 roku. Trzon grupy mającej prowadzić atak szczytowy tworzyli ludzie wybrani w wyniku ostrej selekcji przeprowadzonej podczas specjalnych zimowych obozów w Alpach. W grupie tej znajdowało się ośmiu zawodowych przewodników alpejskich, oraz trzech alpinistów amatorów. Do wyprawy dołączyła grupa naukowców, oficer łącznikowy oraz dziesięciu Hunzów – tragarzy wysokogórskich. Aby przetransportować ważący 16 ton bagaż ekspedycji, wynajęto ponad 5000 tragarzy. Podczas pokonywania lodowca Baltoro wyprawa brnąc miejscami w głębokim śniegu, kilkukrotnie znalazła się w objęciach szalejącej burzy śnieżnej. Śnieżyce ogarniające zewsząd karawanę spowodowały panikę wśród tragarzy. W miejscu gdzie zbiegają się jęzory lodowców zwanym Concordią, wynajęci tragarze porzucili powierzone im bagaże i uciekli w doliny. Kilka dni później Włosi założyli wielkie obozowisko zwane „Italopoli del K-2”. Dalsza trasa była alpinistom dobrze znana dzięki informacjom jakie otrzymali od amerykańskiej wyprawy, oraz rekonesansowi lotniczemu jakiego dokonali jeszcze przed wyprawą wynajmując samolot od Pakistańskich Linii Lotniczych. Droga prowadziła śladami Amerykanów przez Żebro Abruzzi w którego dolnych partiach zainstalowano trzy wyciągi saniowe. Po ponad dwóch miesiącach walki ze śniegiem, lodem i skałą, 24 lipca zostaje założony obóz VII na wysokości 7345 m. Czterej Włosi odbyli w obozie VIII założonym na wysokości 7628 m ostateczną naradę na której postanowiono, iż dwójka Achille Compagnoni i Lino Lacedelli wyruszy w górę aby założyć ostatni IX obóz na wysokości ok. 8000 m, natomiast Bonatti i Galotti zejdą 200 m na dół, zabiorą pozostawione tam aparaty tlenowe (każdy o wadze 19 kg) i wniosą je kolegom oczekującym 600 m wyżej. Alpiniści wiedzieli, że schodząc i podejmując się transportu aparatów tlenowych porywają się na niezwykle trudne zadanie, równocześnie pozbawiają się osobistych możliwości zdobycia szczytu. Gdy rano odnaleźli w śniegu aparaty tlenowe, zauważyli podążającą z dołu niespodziewaną pomoc. To Erich Abram zmusił się do jeszcze jednego wysiłku i nadciągał z dwoma Hunzami: Mahdim i Isa Khanem. Cała piątka solidarnie na zmianę niosła butle z tlenem, które z każdym krokiem niemiłosiernie wpijały się w plecy i ciągły w dół. Dotarli wreszcie do obozu VIII. Dwójka z nich była w stanie skrajnego wyczerpania. Dalej ruszył niestrudzony Walter Bonatti z Mahdim oraz Abramem. Ten ostatni zawraca po pewnym czasie z podejrzeniem odmrożenia stopy. Zaczyna zmierzchać. Dwaj pozostali docierają na umówioną wysokość 8000 m i ku swemu ogromnemu zdziwieniu nie zastają tam kolegów, lecz kolejne ośnieżone, zalodzone ściany. Starają się krzykiem odnaleźć towarzyszy, lecz nie ma żadnej odpowiedzi. Coraz bardziej zdenerwowani wykopują w śniegu stanowisko biwakowe. Zapada zmrok, gdy w górze zapala się światełko latarki i usłyszeli Lacedellego, który namawia ich do zejścia w dół. Doświadczony Bonatti i Mahdi wiedzieli dokładnie, czym grozi próba zejścia. Spędzili koszmarną noc nie mając namiotu ni śpiwora, ale mając życiodajny tlen dla kolegów, którym pozwalał jutro przypuścić atak szczytowy. Wyruszyli z samego rana. Alpiniści sprawnie pokonywali kolejne metry wysokości, aż wreszcie stanęli przed skalną ścianą, którą zaatakował Compagnoni odpadając po paru metrach. Na szczęście upadł w zaspę śnieżną i nic mu się nie stało. Do ataku ruszył jego towarzysz. Zdesperowany zdjął raki i ściągnął rękawice. Gołymi rękoma wpił się w skałę. Po chwili ściana puściła. Do wierzchołka pozostał jeszcze do pokonania niezbyt trudny grzbiet. 31 lipca o godzinie 18 pierwsi ludzie stanęli na szczycie K-2. Byli to Achille Compagnoni i Lino Lacedelli.

            Polacy pierwszy raz pojawili się pod K-2 w 1976 roku. Była to wyprawa zorganizowana przez Janusza Kurczaba, w której wzięło udział wielu znanych alpinistów. Ja wtedy jeszcze nie marzyłem o górach wysokich, działałem w Kaukazie, Pamirze, Hindukuszu. Polacy postanowili poprowadzić nową drogę północno-wschodnią granią – tą samą, którą w 1902 roku próbowano pierwszy raz zdobyć K-2. Główny obóz rozbito na lodowcu, na wysokości 5000 m. Od 24 czerwca prowadzono akcję w wyniku której 13 sierpnia założono VI obóz na wysokości 7970 m mający umożliwić szturm na szczyt. Pierwszy atak szczytowy poprowadziła dwójka Leszek Cichy i Jan Holnicki. Niestety musieli zawrócić nie pokonawszy głównego problemu, jaki była kilkudziesięciometrowa pionowa bariera seraków. Następnego dnia ruszyła kolejna dwójka Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż. Pokonali oni barierę seraków i dotarli do wysokości 8400 m gdzie skończył im się tlen w butlach. Po krótkiej naradzie postanowili wracać ze względu na oznaki załamującej się pogody. Jak się okazało była to słuszna decyzja, gdyż przy zerowej widoczności z trudem dotarli do obozu VI. Być może dzięki tej decyzji wyprawa zakończyła się szczęśliwie.

            W 1982 roku znalazłem się pierwszy raz pod K-2 razem z wyprawą zorganizowaną przez Janusza Kurczaba. Działała wtedy jeszcze druga, kobieca wyprawa pod kierownictwem Wandy Rutkiewicz. Tym razem przyjęliśmy inną taktykę. Mieliśmy znacznie wyżej położoną bazę, na wysokości ok. 5600 m, na lodowcu Savoia. Po przejściu większej części grani północno-zachodniej szukaliśmy obejścia jej końcowego uskoku. Od strony Chińskiej wspinaliśmy się dwoma zespołami: Gienek Chrobak ze mną i Leszek Cichy z Wojtkiem Wróżem. Gienek niestety rozchorował się na wysokości 8100 m i musieliśmy zrezygnować. Leszek z Wojtkiem kontynuowali wspinaczkę, ale po przejściu 100 metrów w górę, zawrócili ze względu na złą pogodę. Wtedy też Wanda Rutkiewicz próbowała wejść na szczyt. Dziewczyny później od nas zakończyły swą wyprawę, niestety tragicznie. Zginęła wówczas jedna z czołowych alpinistek – Halina Kruger – Syrokomska.

            Rok 1986 to pamiętny sezon wspaniałych sukcesów i wielkich tragedii na K-2. Można powiedzieć, że Polacy przypuścili tego roku szturm na szczyt. Działały tutaj aż trzy polskie wyprawy. I tak patrząc od lewej strony. Wyprawa którą kierował Janusz Majer obrała sobie za cel południową grań, czyli tzw. „Wymarzoną Linię”, którą próbował kiedyś zdobyć Messner, ale mu się nie udało. Jerzy Kukuczka z Tadeuszem Piotrowskim dołączyli do niemieckiej wyprawy i wybrali sobie za cel niezwykle trudne żebro prowadzące środkiem południowej ściany, a Wanda Rutkiewicz z małżeństwem Barrardów drogę klasyczną przez Żebro Abruzzi. Znowu tak się złożyło, że Wanda pierwsza przed mężczyznami zdobyła szczyt. Była pierwszą kobietą, która zdobyła ten wspaniały szczyt. Był to szczególny dzień 16 października 1976 roku – dzień w którym na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II. Później podczas spotkania z Papieżem powie On znamienne słowa- oboje jednego dnia weszliśmy na szczyt. Niestety w zejściu sukces został okupiony tragiczną śmiercią małżeństwa Barrardów, którzy zostali tu na zawsze. Wanda wróciła w szoku, sama, bez swych towarzyszy. Już to zapowiadało późniejszą tragedię. Kolejnymi zdobywcami byli Wojciech Wróż i Przemysław Piasecki wraz ze Słowakiem Peterem Brożikiem, którzy pokonali „Wymarzoną Linię”. Wracali tą samą drogą zjeżdżając w nocy na linach. Podczas jednego ze zjazdów Wojtek Wróż nie zauważył końca, wyjechał z liny i zginął. Góra ostrzegała zdobywców po raz wtóry. Co prawda szczyt został zdobyty nową piękną droga, ale Wojtek nie wrócił. Jurek Kukuczka wraz z Tadziem Piotrowskim również zdobyli szczyt nową piękną drogą. W drodze powrotnej Tadziowi spadł jeden z raków, następnie drugi. W tym momencie nie asekurowali się i Tadziu również spadł. Jurek samotnie dotarł do bazy. Znów sukces za który Tadziu zapłacił najwyższą cenę.

            Po sukcesach Polaków, pod K-2 zapanowała totalna euforia – szczyt w końcu puścił. Stworzył się – można powiedzieć – międzynarodowy zespół. Ruszyli Koreańczycy, Austriacy, Anglicy i dołączyła do nich „Mrówka”, czyli Dobrosława Miodowicz – Wolf. Wytworzyła się sytuacja przypominająca tę, która doprowadziła do słynnej tragedii na Mount Evereście w 10 lat później. Na wysokości 8200 m był rozbity ostatni obóz. Część alpinistów wracała już po zdobyciu szczytu, część dopiero podchodziła od dołu, gdy załamała się pogoda. Zarówno jedni jak i drudzy byli ogromnie wyczerpani. Skończył im się tlen. Ktoś umiera, ktoś rozpoczyna odwrót, za nim podążają inni. Wytrawni alpiniści słabną, potykają się, spadają. To już była totalna tragedia. W odwrocie znalazła się również „Mrówka”. Zdołała zejść dość nisko, zasłabła na poręczówkach i zginęła. Z całej ósemki ludzi zeszła dwójka. Mieli poodmrażane ręce i stopy. Po tej tragedii mówiło się, że nie można lekceważyć góry, która jakby trochę zdenerwowana niefrasobliwością ludzką powiedziała NIE!

            Andrzej Zawada załatwił w Pakistanie zezwolenie na zimową wyprawę w Karakorum w sezonie 1987/88. Zorganizował dużą wyprawę w skład której wchodzili również Kanadyjczycy i Anglicy. Pomimo, że była to moja najdłuższa wyprawa niestety niewiele osiągnęliśmy. Byliśmy z Leszkiem Cichym na wysokości ponad 7300 m. Potem jeszcze jedna dwójka dotarła do tego samego miejsca. Potworne mrozy i sztormowe wichury spowodowały, że musieliśmy się wycofać. Silny, porywisty, zimny wiatr powodował, iż cała para z gotowania, z oddechów osadzała się w postaci szronu na ściankach namiotu, a każdy mocniejszy podmuch wiatru strącał śnieg na śpiwory, które były wiecznie mokre. W takich warunkach można przeżyć dzień, dwa i trzeba schodzić do bazy. Efektywność wspinaczki była bardzo mała. Ekspedycja ta została okrzyknięta „wyprawą za milion dolarów”. Wtedy musiała być takim gigantycznym przedsięwzięciem, bowiem z zimowy zdobyciem Mount Everestu zimowe wejście na K-2, jest o wiele trudniejsze. Zdobyliśmy nowe doświadczenia, które mogą zaowocować w przyszłości. Zdobycie K-2 zimą z pewnością stanie się ukoronowaniem zimowej eksploracji wspinaczkowej gór najwyższych.

            W 1994 roku Wojciech Kurtyka namówił mnie aby pojechać pod zachodnią ścianę K-2 tzw. „Beczkę”. Jest to trudna skalna ściana wymagająca – moim zdaniem – kilku zespołów mogących przygotować atak. Spędziliśmy w tej ścianie może miesiąc z Wojtkiem i Carlosem Buhlerem. Niestety w okresie dobrej pogody ściana ta była niebezpieczna, ponieważ zachodnia wystawa powodowała topnienie lodu i śniegu. W dzień leciały na nas kamienie wytapiane prze słońce i wartko spływała płynąca woda. Nocą wszystko zamarzało, a liny, które założyliśmy w dzień wtapiały się w lód miejscami na głębokości 10 cm. W tych warunkach dalsza wspinaczka mijała się z celem. Z wysokości 6800 m zniechęceni zawróciliśmy do bazy. Zostało nam sporo żywności, postanowiliśmy więc zdobyć szczyt K-2 tzw. „Wariantem Basków”. Na Wysokości 7800  m spotkaliśmy Roba Halla z kolegami. Dołączyłem wraz z Carlosem do jego zespołu. Grań, która miała doprowadzić do nas do szczytu była potwornie długa. Zrobiło się późno. Nie mając lin poręczowych obawiałem się powrotu w nocy. Na wysokości 8200 m grań, którą mieliśmy schodzić była dość trudna. Jak się wchodzi z czekanami po lodzie jakoś to idzie, ale w zejściu, biorąc pod uwagę zmęczenie mogło być niebezpiecznie. Namówiłem więc kolegów do powrotu, tylko Rob Hall poszedł dalej korzystając z tlenu. Wydawało nam się że nie był na szczycie gdyż dołączył do nas po kilkunastu minutach. Potem się oczywiście okazało że byliśmy bardzo blisko szczytu. Pozostało może 50 m, ale wtedy nie wiedzieliśmy tego. Nie żałują powrotu i wierzę, że dobrze się stało. W pewnym momencie jeden z kolegów spadł na mnie. Na szczęście miałem dobrze wbite czekany i to uratowało nas obu. Wtedy poczułem jakiś szacunek, respekt do tej góry, co zaowocowało dwa lata później.

            22 czerwca 1996 roku znalazłem się kolejny raz pod K-2, po północnej, chińskiej stronie góry, w bazie założonej na lodowcu. Tym razem z zespołem Polsko – Włosko – Amerykańskim zamierzaliśmy wspinać się nową drogą, którą pokonało do tej pory może 6-7 osób. Chcieliśmy przejść całość filara północnego, łącznie z jego górną omijaną dotychczas partią. Tego roku dotarł pod K-2 bardzo głęboki monsun, co spowodowało niezwykłe, jak dla tych terenów opady śniegu. Warunki zmusiły nas do zmiany planu i przejścia drogą japońską. Po przygotowaniu czterech obozów (ostatni na wysokości 7800 m) i założeniu poręczówek o łącznej długości ok. 4 km, wyruszyliśmy do ataku szczytowego. W zasadzie powinniśmy się jeszcze zaaklimatyzować, ale cały czas wisiał nade mną problem Nanga Parbat. Wiedziałem, że muszę wrócić szybko, bo tam mieli czekać na mnie koledzy w Pakistanie, do których miałem dołączyć i zdobyć ostatni szczyt. Tylko jedną noc spędziliśmy na wysokości 7800 m. Wyruszyłem z Ryśkiem Pawłowskim, Piotrkiem Pustelnikiem, oraz dwójką Włochów 10 sierpnia o godzinie 5 rano. Rysiek i Piotrek zrezygnowali dość szybko, obawiając się że nie zdążymy wrócić i zeszli na dół. Na wysokości 8200 m napotkaliśmy stromy odcinek puszystego śniegu, którego pokonanie zajęło nam 3 godziny. Długo trwało to wejście głównie za sprawą Włochów, którzy nie byli w najlepszej kondycji i nie chcieli mi pomagać. Sam prowadziłem całą drogę do szczytu. Mówiąc żargonem kolarskim cały czas wozili się na kółku, a ja musiałem przeć do przodu. Na szczycie byliśmy ok. 8.30 wieczorem. W górach była już noc. Ku naszemu zaskoczeniu znaleźliśmy tutaj rurkę metalową z odciągami. Na szczycie nigdy czegoś takiego nie było. Jak się później okazało tydzień wcześniej przed nami była tu włoska wyprawa i oni zostawili „triangul”, aby mieć łatwiejszy pomiar wysokości szczytu metodą satelitarną. To był nasz „corpus delicti”, że byliśmy na szczycie.

            Późna pora pozostawiła nas w trudnej sytuacji powrotu do obozu. Latarki przestały działać. Postanowiliśmy zabiwakować na wysokości 8200 m, każdy osobno na innej półce, którą trzeba było sobie wyrąbać czekanem. Cała sztuka polegała na tym aby nie zasnąć. Zaśnięcie było równoznaczne ze śmiercią. Z pierwszym brzaskiem zaczęliśmy kontynuować zejście. Zeszliśmy do pierwszego obozu, gdzie jeden z moich kolegów źle się poczuł, zastrajkował i nie chciał dalej schodzić. Oczekiwał tlenu – mówił, że jak nie dostanie tlenu dalej nie pójdzie. W tej trudnej sytuacji Piotr Pustelnik zrezygnował z ataku szczytowego i pomógł nam sprowadzić Włocha. Za tę postawę dostał nagrodę „Fair Play”. Chorego człowieka znieść z tej wysokości nie było takie łatwe. Marco był słaby przewracał się, gdy spuszczaliśmy go na linach. Równolegle z naszą wyprawą działała wyprawa Rosyjska. Poprosiliśmy ich o pomoc. Rosjanie mieli dobrze zaopatrzone apteczki. Jeden z nich podszedł do nas, może 800 m i przyniósł zastrzyki o działaniu narkotycznym, które powodują, że dostaję się tzw. „kopa” fizycznego i psychicznego. To działa oczywiście tylko kilka godzin. Jeżeli w tym czasie człowiek nie znajdzie się w bezpieczny miejscu, to kończy się zwykle śmiercią. Marco był w takim stanie, że nie mieliśmy wyjścia, musiał wziąć zastrzyki, po których odżył. Jego stan na tyle poprawił się, że mógł iść o własnych siłach. Narzuciliśmy ostre temp[o aby dotrzeć do bezpiecznego miejsca, gdzie był tlen. Minęliśmy III obóz i w nocy dotarliśmy do obozu II na wysokości 6600 m. Była to już dość przyzwoita wysokość gdzie może dotrzeć pomoc. Marco przeżył dzięki naszej pomocy, pomocy Piotrka i Rosjan. Piotr Pustelnik osiągnął szczyt za pięć dni, a jeden z Rosja zginął podczas zejścia.

            Jak kiedyś policzyłem spędziłem pod K-2 ponad rok, ale moja historia z „Górą Gór” jeszcze się nie zakończyła. W dalszym ciągu jest nie zdobyta zimą. Z Andrzejem Zawadą mieliśmy wspólne plany, niestety Andrzej zmarł podczas przygotowań do kolejnej wyprawy. Niejako naturalnie na mnie spadła misja dokończenia wspólnego dzieła. Na przełomie 2002/2003 roku zorganizowaliśmy drugą zimową wyprawę na K-2. Oprócz polskiego składu w wyprawie brali udział ludzie ze wschodu: Kazachstanu, Uzbekistanu i Gruzji. Udało mi się skompletować mocny skład, ale bez doświadczenia zimowego. Wyszliśmy na 7700 m. Patronat nad wyprawą objęła Telewizja Polska, która nadawała codzienne relacje. We wszystkich tych wyprawach zaobserwowałem, iż grudzień jest w miarę spokojny, aczkolwiek jest bardzo zimno. W pierwszych miesiącach zimy góra dymi gdzieś wysoko powyżej 7500 m, a im później tym jest gorzej. W lutym zaczynają się huragany, które schodzą coraz niżej. W końcu huragan schodził do bazy na wysokości 5100 m i kompletnie niszczył wyposażenie. Wnioski nasze są takie, że należy zaczynać wcześniej i wchodzić na szczyt w okresie kalendarzowej zimy po 23 grudnia, żeby wszystko było zgodne z zasadami. W związku z tym próby na K-2 jeszcze się odbędą. Mam nadzieję, że to będą Polskie próby, być może z udziałem alpinistów z innych krajów. Wydaje mi się, że jesteśmy to winni nie tylko Andrzejowi Zawadzie, ale i wszystkim kolegom, którzy rozpoczęli zimową eksplorację K-2. Polacy jako pierwsi zdobyli siedem szczytów zimą, wypadałoby drugi szczyt ziemi zdobyć również zimą. Jest tam historia Polska zapisana przez Jurka Kukuczkę, Piotrowskiego, Piaseckiego, Wróża, „Mrówkę”, Wandę Rutkiewicz i innych. Stoimy przed kolejnym wyzwaniem. Myślę, iż jest w naszym zasięgu, aby taką wyprawę zorganizować w kolejnym roku.

Lipiec 2004

Opracowanie Janusz Jędrygas

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA