Strona główna / nr 2 (2) - LATO 2004 / TRAGEDIE TATRZAŃSKIE – ORLA PERĆ
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TRAGEDIE TATRZAŃSKIE Wypadki w górach – ORLA PERĆ

[ MIĘGUSZE PANORAMY ] [ Orla Perć zdjęcia galeria I ] [ Orla Perć zdjęcia galeria II ] [ TOPR akcja ratownicza zdjęcia galeria 2 ] [ Orla Perć zdjęcia galeria III ] [ Orla Perć zdjęcia galeria IV ] [ Orla Perć zdjęcia galeria V ]


Tatry Orla Perć zdjęcia galeria I

Tatry Orla Perć zdjęcia galeria II

Szlak na Halę Gąsienicową galeria, zdjęcia

Akcja ratunkowa TOPR zdjęcia galeria

Tatry akcja ratownicza TOPR galeria zdjęcia
 
Tatry Hala Gąsienicowa Panoramy tatrzańskie zdjęcia, galeria
 
Góry, Tatry, Orla Perć, Żleb Kulczyńskiego zdjęcia, galeria
 
Tatry szlak na Orlą Perć i Kozią Przełęcz zdjęcia, galeria
 
Orla Perć szlak na Krzyżne zdjęcia galeria 6
 
Orla Perć szlak na Zawrat zdjęcia Galeria 5
TATRY - Orla Perć  -
zobacz również >>>>

Michał Jagiełło

Między Granacką Przełęczą a Krzyżnem rozciąga się skalny mur, w którym wyodrębniają się: maleńkie Orle Turniczki, przyklejone do pięknego obelisku Orlej Baszty, przełączka nazwana Pościelą Jasińskiego, Buczynowe Turniczki, Przełęcz Nowickiego oraz Buczynowe Turnie – Wielka i Mała. Granitowy mur oddziela Dolinę Pańszczycy od Dolinki Buczynowej. Ta ostatnia jest polodowcowym kotłem, najładniejszym w Tatrach przykładem dolinki wiszącej. Zasłana rumowiskami opada ku Dolinie Roztoki stromym skalnym progiem, którym spływa Buczynowa Siklawica. Jedyny turystyczny szlak prowadzi z „Murowańca” na hali Gąsienicowej stokiem Żółtej Turni, a potem dnem Pańszczycy wspina się na Przełęcz Krzyże.

       Turysta nasyciwszy oczy rozległą panoramą z wysokiej przełęczy może się udać albo na Orlą Perć w kierunku Granatów, albo mozolną ścieżyną zejść do Buczynowej Dolinki, zamkniętej ścianami Buczynowych Turni i wszystkich trzech Granatów. Perć staje się wreszcie szersza i po długim trawersie wyprowadza nad Wielki Staw w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Trasa jest dość męcząca a pokonanie jej zajmuje kilka godzin. Nie jest to jednak tura zbyt niebezpieczna. Nie można tego powiedzieć o graniowej wędrówce, ta bowiem część słynnej Orlej Perci, która wiedzie przez Buczynowe, należy chyba do najtrudniejszych odcinków całej trasy. Kruchość terenu powoduje, że po każdej ulewie ten podniebny szlak jest częściowo zniszczony, znikają pracowicie układane stopnie, a na ich miejsce woda nanosi żwir. Ubezpieczona łańcuchami i klamrami perć kluczy w dużej ekspozycji i prowadzi terenem - zdawałoby się – zbyt trudnym jak na możliwości przeciętnego turysty, a tuż obok przecież łagodnie opada ku Dolince Buczynowej trawiasty stok, którym „łatwo” można zejść na piargi. To niedowierzanie utartemu szlakowi i chęć wędrowania trasą upatrzoną przez siebie jest tu główną przyczyną wypadków.

         W sierpniu 1953 r. troje turystów, zaskoczonych przez mgłę i grad, postanowiło zejść z Orlej Baszty wprost do Buczynowej. Pomagali sobie nawzajem, zsuwając się po śliskich trawach i wygładzonych skalnych płytach. W pewnym momencie stracili plecak – zaczęli więc schodzić jego śladem. Gdy mieli do piargów jeszcze około 100 m – od ściany odpadł dwudziestoletni uczeń z Katowic, Czesław G., zabijając się na miejscu. Drugi z turystów zdołał zejść w dolinę, nakazując swej siostrze czekać na ratunek. Na pomoc pośpieszyli taternicy przebywający w Dolinie Pięciu Stawów. Do Pogotowia zaś dotarła nietypowa informacja: „W Buczynowej jest zabity chłopak, a w schronisku znajduje się dwoje turystów, przynieście ze sobą buty i ubranie”. Tajemniczy meldunek okazał się zrozumiały dopiero na miejscu – turyści skąpo ubrani (świeciło bowiem słońce, gdy wychodzili w góry) maszerowali po Orlej Perci boso, buty niosąc w plecaku.

           Najbardziej przygnębiające są te chwile, kiedy dociera się w końcu na miejsce wypadku, często nie bez ryzyka,  i staje się nad zmasakrowanym ciałem. Wszystko na próżno. Za późno? Nie! Nawet gdyby ratownicy byli świadkami wypadku i tak by nie mogli pomóc. Są momenty zwątpienia w sens tego, co się robi. Owszem – zniesienie martwego w dolinę też jest posługą, wykonuje się ją z szacunkiem należnym każdemu zmarłemu, ale to nie jest przecież zasadnicza powinność Pogotowia. Ratownik chce ratować. To jest jego powołanie. Po to wstąpił do tej organizacji. Po to składał przyrzeczenie. Nic nie zastąpi mu tej wewnętrznej satysfakcji, jaką odczuwa każdy uczestnik akcji ratunkowej, jeśli uda się wyrwać człowieka z zagrożenia, przenieść go w inne, nie tak niebezpieczne dla jego życia środowisko, przekazać w ręce lekarzy.

         Nie zawsze jest to osiągalne. Zdarza się, że ranny umiera już w obecności ratowników. I to dopiero jest okrutne.

          Siedemnastoletni Marek W., samotnie chodzący po Tatrach, wybrał się 10 lipca 1977 r., mimo złej pogody, na Kozi Wierch. Potknął się zapewne i spadł parę metrów, raniąc się w głowę. Krwawił. Założył sobie prowizoryczny opatrunek, oddzierając kawałek koszuli. Chciał zejść w dolinę, chyba do Pięciu Stawów, ale zasłabł. Ułożył się więc w zagłębieniu skalnym pod szczytem Koziego Wierchu i tam nazajutrz, półprzytomnego, odnalazły go dwie turystki. O godz. 17.00 powiadomiły o tym J. Krzeptowskiego, który z D. Uściakiem o godz. 18.40 znalazł się już przy rannym chłopcu. Był przytomny. Przełknął nawet parę łyków gorącej herbaty. Wezwanie śmigłowca. Pilotuje Wiesław Wolański. Pogorszenie pogody. Lądowanie przy schronisku. O 19.00 ratownicy rozpoczynają transport rannego, którego stan gwałtownie się pogarsza. W 20 minut później chłopiec umiera. Gdyby nie wędrował samotnie, jego towarzysz czy towarzyszka bez trudu zeszliby ścieżką do Pięciu Stawów i powiadomili ratowników. Byłaby wtedy realna szansa uratowania chłopaka, który zmarł przecież w równą dobę po wypadku. Był więc czas! Tylko nikt nie widział, że gdzieś wysoko, pod wierzchołkiem Koziego Wierchu, ciężka ranny chłopak (poważny uraz głowy, uszkodzenie nerek) oczekuje pomocy.

         Jeśli góry są miejscem, w którym wyraźnie dochodzą do głosu dwie potrzeby człowieka: z jednej strony potrzeba afirmacji własnego ja, z drugiej zaś tęsknota do Absolutu, którym nie jest przecież człowiek – to nic nie jest w stanie zniszczyć skłonności ludzkiej do obudowywania wytworów przyrody swego rodzaju „metafizyczną” otoczką. Jest w niej coś z magii, coś z pogańskich rytuałów – to pewne; ale jest tu też odblask czegoś bardziej na serio. Bywa że potrzeba afirmacji siebie zagłusza tę drugą tęsknotę, co nie znaczy, że znika ona całkowicie. Człowiek dysponując wolną wolą może decydować o sobie tak dalece, że siebie samego może umieścić w centrum wszechświata. Może też opowiedzieć się za „fizyką”, przeciwko „metafizyce”. W górach i na jedno, i na drugie można znaleźć potwierdzenie. Wszak to my sami dobieramy argumenty do naszych aktualnych potrzeb. Góry to fascynujące laboratorium, w którym człowiek jest podmiotem i przedmiotem badań. To, co biologiczne, styka się tu z tym, co duchowe, wielkość sąsiaduje z małością, życie ze śmiercią. Tu widać „królewskość” rodzaju ludzkiego – w wymiarze duchowym – i zarazem nasz zwierzęcy rodowód. 

        1 listopada 1960 r. ze schroniska „Murowaniec” wyszedł pięćdziesięcioczteroletni artysta plastyk z Krakowa z zamiarem osiągnięcia Krzyżnego. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ów turysta chodził o kulach – miał bowiem tylko jedną nogę! Nie znając kompletnie terenu, posuwał się z mapą w ręce, tak jednak pomyliły mu się strony świata, że zamiast na Krzyżne zaczął iść w kierunku Kasprowego Wierchu. Dla tego niecodziennego wędrowca najważniejszy zdawał się kolor szlaku, a nie kierunek marszu. Udał się w stronę Kasprowego, tam bowiem prowadziły znaki żółte, takie same jak na Krzyżne. Rychło jednak turysta zgubił ścieżkę i począł maszerować nad Czarny Staw, a potkawszy wreszcie żółty szlak, postanowił mozolnie wspinać się jego śladem. Tym sposobem wyszedł na Granaty. Z mapy wiedział, gdzie jest, po namyśle więc zrezygnował z marszu przez Buczynowe, chcąc przejść łatwe Granaty i zejść w dolinę Żlebem Kulczyńskiego. I tym jednak razem nie wykonał swego planu. Nie wiedząc o tym, znalazł się na odcinku Orlej Perci prowadzącym właśnie przez Orle Turniczki i Orlą Basztę na Buczynowe. Był jednak święcie przekonany, że to Granaty są takie eksponowane, a co dopiero byłoby na Buczynowych! W okolicy Przełęczy Łowickiego stracił jedną kulę. W czasie schodzenia po nią spadł kilka metrów doznając ogólnych potłuczeń. Wyczołgał się z powrotem na ścieżkę i zaczął wzywać pomocy. Nikt by wołania nie usłyszał – góry bowiem były o tej porze bezludne, w „Murowańcu” zaniepokojono się jednak nieobecnością charakterystycznego turysty, a jedna z pracownic przypomniała sobie, że taki właśnie mężczyzna wyszedł rano ze schroniska. Wybiegła nawet za nim, pytając dokąd idzie. „Na Krzyżne, panienko!” – odparł turysta rezolutnie.

                 O godz. 20.00 trzyosobowy patrol wyruszył do Doliny Pańszczycy. Wnet usłyszano wołanie z rejonu

            Jak ocenić tę historię? Z jednej strony należałoby grzmieć, że nonszalancja, karygodne lekceważenie gór… Z drugiej strony jednak mam wiele sentymentu dla tego pana. Przecież dla niego to był wielki wyczyn. Co za imponująca siła woli, co za upór, aby mimo wszystkich przeciwności zakosztować wysokogórskiej wędrówki. Był to oczywiście szalony pomysł. Ale i wzbudzający szacunek.

          Znam pewną panią, aktorkę, która nie powinna chodzić po Tatrach, bo jest to zbyt wielki wysiłek dla jej organizmu, a jednak wiele czasu spędza na górskich wędrówkach. My, zdrowi, nie zrozumiemy nigdy do końca, co czuje człowiek, dla którego wejście przez Boczań na Halę Gąsienicową jest równoznaczne ze zdobyciem siedmiotysięcznika. Każdy krok okupiony wysiłkiem, każdy metr w górę to zwycięstwo nad własnym organizmem. Jak trudno idzie się pod górę, a jak lekko w dół. A przecież tyko ode mnie zależy kierunek marszu. Nie załamać się. Aby tylko dojść do tego smreczka, aby dojść na przełączkę, aby znaleźć się na Karczmisku, przejść polanę i zobaczyć przed sobą niczym nie przesłonięte Tatry.  

 

Zdjęcia: Janusz Jędrygas

Opracowano na podstawie książki „ Wołanie w górach”

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA