Strona główna / nr 1 (3) - ZIMA 2005 / CZERWONE WIERCHY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
WYPADKI TURYSTYCZNE I TATERNICKIE W TATRACH

[ CZERWONE WIERCHY - ZDJĘCIA ] [ Tatry zdjęcia zima w górach Czerwone Wierchy ]

Akcja ratunkowa TOPR zdjęcia galeria

Tatry akcja ratownicza TOPR galeria zdjęcia

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia galeria

Tatry zimą Czerwone Wierchy zdjęcia

Dolina Chochołowska otoczenie zdjęcia galeria
         

Tatry wypadki - Czerwone Wierchy – Tragedie tatrzańskie
Michał Jagiełło

            Masyw Czerwonych Wierchów odwiedzany jest latem i zimą, nic więc dziwnego, że często zdarzają się tu różne wypadki. Zagrożenie tkwi w tym, że obłe, porośnięte wspaniałą murawą szczyty obrywają się niepostrzeżenie ku północy pionowymi wapiennymi zerwami. Ratownicza statystyka jest tu brutalnie wymowna, podaje bowiem, że w rejonie Czerwonych Wierchów Pogotowie przeprowadziło ponad pół setki wypraw, znosząc kilkunastu zabitych.

czerwwierchy4.jpg (20.78 Kb)Wiele wypadków zdarza się podczas mgły, śnieżycy, zawieruchy, zazwyczaj alarm podrywa ratowników w późnych godzinach wieczornych, a nawet nocą. 29 lutego 1980 r. o godz. 22.30 jeden z turystów zawiadomił, że jego kolega, Paweł S., wyszedł dziś rano ze schroniska na Ornaku z zamiarem przejścia trasy: Ciemniak – Tomanowa Przełęcz – Smreczyński Wierch. Do zakopiańskiego Domu Turysty miał powrócić na godz. 20.00. Wszczęto poszukiwania. Nocą, w Czerwonym Żlebie, na szlaku wiodącym z Doliny Tomanowej na Ciemniak natrafiono na podejściowe ślady trzech osób. I to był jedyny rezultat poszukiwań. Wiał silny wiatr. Było mroźno.

Przenieśmy się teraz do schroniska na Hali Kondratowej, gdzie rano (jest już 1 marca), o godz. 9.45, dotarł bardzo osłabiony i wyczerpany turysta, powiadamiając, że poprzedniego dnia wyruszyli w trójkę ze schroniska na Ornaku z zamiarem przejścia Czerwonych Wierchów. To ich ślady widziano w Czerwonym Żlebie! Podczas podchodzenia na Ciemniak pobłądzili. Ich towarzyszka Ewa T., słabła, obsunęła się nawet kilkadziesiąt metrów po stromym stoku. Mężczyźni by nie dopuścić do wypadku, asekurują kobietę liną, którą mieli ze sobą. Jeszcze mogą zawrócić, ale z uporem kontynuują wędrówkę. Po paru godzinach stają na Ciemniaku. Tam spotykają turystę – był to poszukiwany Paweł S. – który namawia ich do powrotu na Ornak. Oni jednak nie skorzystali z propozycji. Postanowili iść dalej granią Czerwonych Wierchów. Paweł S. schodząc z Ciemniaka zabłądził i z Tomanowej Przełęczy zszedł na stronę słowacką, gdzie przetrzymał noc. O godz. 11.20 powrócił do schroniska na Ornaku. To wszystko wyjaśniło się nieco później. Na razie wiadomo tylko tyle od turysty, który dotarł na Kondratową, że na Krzesanicy pozostawił zmarłą Ewę T., a poniżej Kondrackiej Przełęczy, w Piekiełku – skrajnie wyczerpanego drugiego turystę – Franciszka P. Kierownik schroniska i zarazem ratownik Andrzej Skupień natychmiast organizuje pomoc. Wnet nieprzytomny Franciszek P. znajduje się pod opieką ratowników, którzy zjechawszy do schroniska z Kasprowego Wierchu przystępują do reanimacji. Stan turysty jest ciężki, istnieje zagrożenie, że nie odzyska przytomności. Mimo zrywającego się silnego wiatru o godz. 12.17 T. Augustyniak ląduje na Kondratowej i zabiera turystę do szpitala. Ekipa ratownicza udaje się na Czerwone Wierchy, ale musi zawrócić z Kondrackiej Przełęczy zepchnięta przez huraganowy wiatr i zagrożenie lawinowe. Dopiero nazajutrz udaje się im dotrzeć śmigłowcem na Krzesanicę i zwieźć ciało zmarłej turystki. Znajdowało się w jamie śnieżnej, tam gdzie zastała ją śmierć o godz. 3.00 w nocy z 29 lutego na 1 marca.

18 lutego 1983 r. w godzinach przedpołudniowych zawiadomiono ratowników że Maria G. „wyszła w góry i dotychczas nie powróciła” do domu wczasowego. Dopiero o godz. 18.45 otrzymano dodatkową informację od młodego mężczyzny, który zabłądziwszy na Czerwonych Wierchach dotarł aż do Podbańskiej – słowackiej osady u wylotu Doliny Cichej. W rozmowie telefonicznej, relacjonując swą wycieczkę (która zakończyła się nieprzewidzianym przekroczeniem granicy państwowej), zaniepokoił się losem kobiety, którą spotkał na Małołączniaku. Dla ratowników oczywiste było, że c

czerwwierchy3.jpg (22.55 Kb)

hodzi tu o Marię G. Kobietę odnaleziono martwą na Litworowej Przełęczy – między Małołączniakiem a Krzesanicą.

Dwa wypadki: podobne do siebie, a jednak różne. Wypadek pierwszy jest przykładem działania przemyślanego: troje turystów konsekwentnie realizuje swój plan wędrówki i mimo pobłądzenia na podejściu, mimo wyraźnych oznak osłabienia u kobiety, cały zespół trzyma się razem, wiedząc, że w trudnych warunkach atmosferycznych nie wolno im się rozdzielić. Decydują się na nie przygotowany biwak. Jedynym błędem jaki popełnili była nadmierna konsekwencja w przeprowadzaniu swego zamysłu. Jeszcze na szczycie Krzesanicy mieli szansę odwrócić bieg wydarzeń: albo powoli, choćby krok po kroku, wracać trasą podejścia, albo też podjąć decyzję, że jeden z mężczyzn pozostaje razem z kobietą, chroniąc ją przed wychłodzeniem, a drugi schodzi po pomoc. Jest wielce prawdopodobne, że przyjęcie któregoś z wymienionych wariantów oznaczałoby uratowanie kobiety. Dlaczego wybrano wariant trzeci - najgorszy? Czy zdecydowała o tym noc i lęk przed tym, co może ich czekać podczas zejścia? Czy skusiło ich złudne ciepło śnieżnej jamy? Czy nie odegrało swego niedobrego wpływu ambicjonalne przekonanie, że jeśli już dotarło się na grań, to „niehonorną” sprawą jest odwrót? Nie wiadomo. Faktem jest jednak, że zdumiewająco często odzywa się w turystach najczystsza żyłka sportowa, a mit grani, magia szczytu są tak silne, że mogą przytłumić czasem nawet instynkt samozachowawczy. A wtedy łatwo zdroworozsądkowy odruch, by się wycofać, uznać za podszepty słabego ciała namawiającego do ucieczki. Jest coś pięknego w tej „potrzebie szczytu”, ale finał bywa czasem tragiczny. Nie przygotowany biwak zimą, w skałach, powyżej granicy lasu zawsze stanowi poważne niebezpieczeństwo dla życia ludzkiego. Zawsze! Należy o tym pamiętać, że im wyżej, tym mniejsze są szanse przetrzymania mroźnej i wietrznej nocy. Należy więc unikać takich sytuacji i albo w porę powrócić do schroniska, albo przynajmniej zaszyć się pod osłonę drzew i krzewów.

Wypadek drugi rozgrywał się zapewne tak: dwoje turystów, każde samotnie wybiera się na Małołączniak. Gdzieś pod szczytem spotykają się. I znów się rozłączają. Mgła. Idą dalej. Dlaczego? Nie przeczuwają że na tej obłej śnieżnej kopule coś może im zagrażać. Mgła. Wiatr. Błądzą. Każde osobno. Mężczyzna schodzi na południe. Kobieta pozostaje sama. Idzie granią w stronę Krzesanicy i Ciemniaka. Czy wie, gdzie się znajduje? Czy jest to świadomie wybrana trasa, która ma ją sprowadzić do ludzi, czy na Litworową Przełęcz trafiła przypadkiem, okrążając wierzchołek Małołączniaka? Gdyby wiedziała, gdzie się znajduje, wybrałaby przeciwny kierunek – zejście na Małołącką Przełęcz i bez żadnych niebezpieczeństw do Doliny Małej Łąki. A może wiedząc, że masyw Czerwonych Wierchów obrywa się ku północy skalnymi ścianami, bała się próbować zejścia i przycupnęła – zmęczona i głodna – chcąc przeczekać noc? To są tylko domysły. Nie odtworzymy z całą pewnością ostatnich godzin życia Marii G. Możemy jednak stwierdzić, że gdyby szła razem z mężczyzną – byłaby uratowana. Dlaczego rozdzielili się? Faktycznie nie szli razem, ich spotkanie było przypadkowe. Dwoje ludzi, każde osobno, między nimi mgła. Pytanie: Gdyby mężczyzna pozostał na grani, czy przeżyliby oboje, czy może raczej oboje zamarzliby? Jego decyzja schodzenia w dół była słuszna. Chciał zaproponować kobiecie, by mu towarzyszyła, ale już zniknęła mu z oczu. Kobieta i mężczyzna zaczęli swą wycieczkę samotnie, niezależnie od siebie, i samotnie ją kończyli.

Dwa wypadki. Dwa różne wypadki, choć podobnie zakończone. W obu można wyróżnić, nawet dość precyzyjnie, taki punkt na trasie, taki moment w czasie trwania wycieczki, po przekroczeniu którego wydarzenia toczyły się już z nieuchronną logiką ku tragedii. W przypadku pierwszym tym punktem na mapie jest szczyt Ciemniaka. W przypadku drugim zapewne jest nim stok wrastający łagodnie wznoszącym się ramieniem w kopułę szczytową Małołączniaka. Z obu tych punktów odwrót był nie tylko możliwy, ale wręcz konieczny. Ponieważ nie nastąpił – zaczęło się niszczące działanie czasu. Ci z Ciemniaka mogli jeszcze podjąć walkę, decydując się na rozdzielenie – była ich bowiem trójka – i wezwanie pomocy. Ci z Małołączniaka mogli wykorzystać szczęśliwy traf, który ich zetknął, i trzymając się razem schodzić w dolinę – nieważne, że nie na polską stronę, ważne, że była to doga bezpieczna. Nie ma więc jednej niezmiennej zasady postępowania w górach. To, co bywa wskazane w jednym wypadku, nie może być mechanicznie zastosowane w drugim. Wszystko zależy od okoliczności – to właśnie one stanowią o niepowtarzalności każdej górskiej sytuacji. Jest jednak reguła, której naruszanie mści się na człowieku – jest nią przekroczenie granicy bezpieczeństwa. Wiem, że to określenie absolutnie nieprecyzyjne i uzależnione od wielu czynników: kto, kiedy, gdzie. Mówiąc o masywie Czerwonych Wierchów, możemy jednak przyjąć za pewnik, iż przekraczanie granicy rozpoczyna się z chwilą, gdy wędrowiec nie potrafi wrócić po swych śladach w dolinę. Podstawowym warunkiem, jaki powinien być spełniony przy podejmowaniu decyzji o wycieczce w Czerwone Wierchy, jest dobra widoczność. Widoczność taka, by wzrok mógł objąć nie najbliższe otoczenie, ale cały masyw, bo dopiero to pozwala nam właściwie określić swoje położenie w każdej chwili i w każdym miejscu pokonywanej trasy. Ograniczona widoczność to zabłądzenie, a schodzenie „na skróty” dla niejednego skończyło się już fatalnie. Pamiętajmy, że te obłe, wielkie kopy opadają ku północy pionowymi, skalnymi ścianami, co stanowi problem i dla taterników.

Na podstawie książki „Wołanie w górach”

 

Michał Jagiełło                     

 

ur. 23 VIII 1941 r. w Janikowicach (obecnie woj. małopolskie), pisarz i publicysta, alpinista; wspinaczki w Tatrach, Alpach, Kaukazie, Pamirze, górach Turcji; ratownik GOPR i TOPR, 1972-1974 naczelnik Grupy Tatrzańskiej GOPR. Opowiadania i powieści o współczesnej tematyce psychologiczno-obyczajowej (Hotel klasy lux, 1978; Bez oddechu, 1981; Studnia, 1985), których tłem jest najczęściej górski krajobraz (Obsesja i inne góry, 1994; Trójkątna turnia, 1996; Za granią grań, 1998; Jawnie i skrycie, 2000); publicystyka górska, m.in. książki o ratownictwie tatrzańskim; Wołanie w górach, 1979 (wyd. 6, 2002); Gałązka kosodrzewiny, 2000; współautor pracy Tatry w poezji i sztuce polskiej, 1975.

 


 

 

 

 

 

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA