Strona główna / nr 1 (3) - ZIMA 2005 / SZANSA DLA CIEBIE SERCE GÓR
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TATRY SŁOWACKIE - SZANSA DLA CIEBIE

[ Łomnica Szczyrbskie Jezioro ]


Słowackie Tatry Łomnica, Szczyrbskie Jezioro zdjęcia, galeria

Orla Perć szlak na Krzyżne zdjęcia galeria 6

Tatry Orla Perć, Kozia Przełęcz zdjęcia galeria 4

Góry, Tatry, Orla Perć, Żleb Kulczyńskiego zdjęcia, galeria

Tatry Hala Gąsienicowa Panoramy tatrzańskie zdjęcia, galeria
Serce gór, czyli pięć dni z dala od miejskiej cywilizacji
Tomasz Wójt

            W artykule tym nie będzie opisów śmiercionośnych lawin oraz walki z mrozem i chorobami wysokościowymi, problemów z asekuracją. Bo tego nie jeszcze nie doświadczyłem. W „wyprawie” doświadczyłem natomiast tego, czego wielu ludziom tak bardzo brakuje – spokoju, życzliwości ludzkiej, nieskażonego środowiska naturalnego, palącego ciało słońca, silnych i zimnych podmuchów wiatru, rozświetlonego gwiazdami nieba...sercegor.jpg (20.50 Kb)

           To był mój drugi wyjazd z klubem górskim „Jaworzyna”, działającym w moim rodzinnym mieście. Jednak dopiero w tym roku, do wyprawowego plecaka trzeba było dołożyć śpiwór i karimaty. Celem naszej wyprawy miały być Słowackie Tatry Wysokie oraz noclegi w czterech różnych górskich schroniskach. Ze względu na dość liczną, dziewięcioosobową grupę, połowę Polski przemierzaliśmy dwoma samochodami. Naszą radość podróży do Łysej Polany przyćmiły odrobinę korki na popularnej „zakopiance”, spowodowane licznymi kolizjami. Na przejściu granicznym czekaliśmy tylko kilka minut, jednak pomimo faktu obecności w Unii Europejskiej zarówno nam, Polakom, jak i Słowakom, zaleca się aby nadal w podróże zagraniczne zabierać ze sobą paszport. Warto też postarać się, aby zdjęcie w dokumencie było zbliżone do naszego obecnego wyglądu, aby pracownik Służby Granicznej nie musiał się nam dłużej przypatrywać. Po przekroczeniu granicy, znaleźliśmy się już na zadbanej i słynącej z pięknych widoków Drodze Wolności. Podobnie jak przed rokiem, zatrzymaliśmy się w miejscowości Zdziar, aby z bliska nacieszyć oczy pasmem Tatr Bielskich. Te słynne szczyty, będące natchnieniem dla wielu polskich poetów, emanują tajemniczością i naturalną dzikością. Być może dlatego, że obecnie nie przechodzą tam żadne turystyczne szlaki, poza jedną przełęczą (Siroke Sedło –1826m.n.p.m.). Następnym punktem naszej eskapady, była miejscowość Stary Smokowiec, gdzie musieliśmy znaleźć noclegi... dla naszych samochodów. Nie było to łatwe, ale po kilku godzinach mogliśmy przepakować swoje rzeczy i wyruszyć w trasę. Był to 11 wrzesień 2004r., popołudnie. Gdy zakładałem na plecy plecak, obiecałem sobie, że następnym razem zastanowię się czy warto zabierać m.in. specjalny impregnat do obuwia, przewodnik i wiele innych ciężkich rzeczy. Pytanie tylko – czy niezbędnych? To już jest sprawa indywidualna. Ja zawsze wolę nosić wszystko przy sobie. Na popularny wśród Słowaków Hrebienok (odpowiednik naszej Gubałówki) wjechaliśmy kolejką, skąd rozpoczęliśmy już właściwy marsz w stronę Doliny Małej Zimnej Wody. Liczne wodospady przy szlaku orzeźwiały nas fizycznie i psychicznie. Przebywając w Dolinie Zimnej Wody warto wcześniej zapoznać się szczegółowo z mapami i przewodnikami, gdyż niektóre rodzaje map nie zgadzają się z oznaczeniami tabliczek TANAP-u. Do pierwszego schroniska (Zamkovskiego Chata) dotarliśmy pod wieczór, ale ze względu na weekend, wolnych pokoi już nie znaleźliśmy. Pozostało czekać, aż ludzie spokojnie się pożywią, napiją, pośpiewają i pójdą do swoich pokoi. A nas czekała „gleba”... zresztą w ten dzień było wyjątkowo dużo osób. Część ludzi musiała spać na dworze, na twardych kamieniach, co wymagało nie tylko kondycji fizycznej, ale i odwagi, gdyż stwierdza się, że w Słowackim Parku Narodowym żyje aż 70 niedźwiedzi... Pozostało jeszcze tylko umyć się w lodowatym potoku (na szczęście wybudowano mały kranik i systemem rur doprowadzano wodę), zjeść co nieco i można było iść spać. W nocy było strasznie ciasno, ale przynajmniej ciepło. Rankiem obudził wszystkich gospodarz i mieliśmy tylko kilka minut na spakowanie się. Tak rozpoczęły się moje dziewiętnaste urodziny, z których największym dla mnie prezentem było to, że mogę spędzić je w górach. Dolinę Małej Zimnej Wody przemierzyliśmy dość szybko i podziwiając, bardzo trudne drogi wspinaczkowe Pośredniej Grani (2441 m. n.p.m.) i Żółtej Ściany (2182 m. n.p.m.), osiągnęliśmy Dolinę Pięciu Stawów Spiskich wraz ze Schroniskiem Tery’ego (Terycho Chata- 2015m.n.p.m.!). Z kierownikiem schroniska Miro Jilkiem uzgodniliśmy wraz z Aliną warunki noclegowe. Była niedziela i mało kto zamierzał nocować do poniedziałku, więc mogliśmy się zadowolić się sercegor2.jpg (21.64 Kb)piętrowymi łóżkami. Po pozostawieniu części ekwipunku w schronisku, wyruszyliśmy na Lodową Przełęcz. Dość szybko osiągnęliśmy Lodowy Staw – jeden z najwyżej położonych w Tatrach stawów – 2192m.n.p.m. Jednak najciekawsze miało dopiero się rozpocząć. Na mapie w miejscu, które mieliśmy przemierzać zaznaczony jest czerwony wykrzyknik (niebezpieczeństwo!), więc nie mogłem się doczekać by się o tym przekonać. Podejście było straszne, malutkie kamienie osuwały się spod stóp (bez podeszwy typu – vibram nie ma co wchodzić na ten szlak). Często wbijałem dwa najsilniejsze palce w ziemię i tak „zaczepiony” dopiero robiłem krok, gdyż bałem się, aby nie zjechać z wszystkimi kamieniami. Gdy dotarłem na przełęcz (najwyżej położoną dostępną turystą) odetchnąłem i dopiero wtedy zacząłem podziwiać piękne widoki,  m.in.  pionowe ściany Jaworowych Szczytów, Gierlach i nasze Polskie Tatry (gdzie padał deszcz, a nam świeciło słońce). W drodze powrotnej postanowiliśmy ominąć niebezpieczny żleb i przy małej wspinaczce skalnej (przynajmniej trwały materiał) bez problemu zeszliśmy  nad Lodowy Staw, skąd wróciliśmy do schroniska. Wieczorem panowała tu wspaniała atmosfera. Lampy naftowe dawały mnóstwo światła i ciepła a smak grzanego wina koił nasz wysiłek po całym dniu. Po umyciu się w lodowatej wodzie i ubraniu część z nas podziwiała liczne gwiazdy. Z kolei w nocy, w pokoju było zupełnie ciemno. Zamykasz oczy – czarno, otwierasz oczy – czarno. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie przeżyłem.

Następnego dnia czekała nas trudna Przełęcz - Czerwona Ławka. Gdy wychodziliśmy rano, doświadczyłem „alpejskiego” zjawiska, chmury były pod nami i dopiero się podnosiły. Wejście na przełęcz wiedzie najdłuższym w Tatrach odcinkiem łańcucha. Główny nasz problem stanowiło to, że pokonywaliśmy ten odcinek z ciężkim ekwipunkiem na plecach i miejscami trzeba było się wysilić, by się podciągnąć na skale. Na szczęście bez żadnych przykrych wypadków dotarliśmy na przełęcz (2352 m. n.p.m.). Ponownie, ja z Aliną zeszliśmy w dół, aby załatwić noclegi w Zbójnickiej Chacie (1960m.n.p.m.). Po „zaaklimatyzowaniu” się w schronisku, osób poszliśmy zrobić rekonesans okolicy nad Warzęchowy Staw, słynący z widoków na Sławkowski Szczyt. Powoli rozpoczynał się trzeci już nocleg, ponownie z lodowatą z potoku wodą, ale za to ciepłą i miła atmosfera w schronisku. W czwarty dzień zamierzaliśmy przejść dwie przełęcze oraz przy sprzyjających warunkach wejść na szczyt - Mała Wysoka. Po pokonaniu pierwszej Przełęczy Rohatki (2290m.n.p.m.), niedaleko Zmarzłego Stawu napotkaliśmy krótki odcinek szlaku, który był oblodzony. Trzeba było ostrożnie go pokonać, gdyż nie jeden, bez wyobraźni, pokonywał ten odcinek zdecydowanym krokiem, co kończyło się upadkiem kilka metrów niżej. Następnie osiągnęliśmy Polski Grzebień (2200m.n.p.m.m), skąd oprócz dwóch osób wyruszyliśmy na Małą Wysoką. Jako jedyny „taszczyłem” plecak, bo mówiłem, że lepiej być przygotowanym na wszystko. Ale im bliżej szczytu, tym bardziej żałowałem, że go nie zostawiłem na przełęczy. Na szczycie (2429 m. n.p.m.) chciałem nawet, aby spadł deszcz, by udowodnić, że plecak był mi niezbędny. Jednak nie było żadnej chmurki i po zrobieniu serii zdjęć (wspaniałe widoki obejmujące prawie całe Tatry Wysokie) w milczeniu, zmęczony palącym słońcem i ciężarem plecaka schodziłem na przełęcz, skąd wyruszyliśmy do ostatniego już naszego miejsca noclegowego, jakim był Śląski Dom (1670 m. n.p.m.). Gdy dostrzegłem przy hotelu samochód, zrozumiałem, że niestety wracam do cywilizacji i powoli kończy się nasza wyprawa. Teraz dopiero, po czterech dniach mieliśmy ciepłą wodę i wygodne łóżka. Jednak wcale nie tęskniłem za takimi warunkami.

            Cieszyłbym się, jeśli ktoś czytając ten tekst, powiedziałby sobie – „Ja tam byłem, dokładnie tak było”. To miło budzić komuś miłe wspomnienia. Nasuwa się przy okazji pytanie po co chodzić po górach. Teraz człowiek imponuje bogactwem, układami. Kogo interesuje, że ja wylewam z siebie litry płynów w słońcu, wietrze, deszczu. Interesuje to góry, gdyż inaczej nie dopuściły by Nas do siebie. Serce gór bije w każdym, kto wie jak się ubrać, przygotować, jak podporządkować się kaprysom pogody. Góry uczą pojmować, że tam jest się bliżej nieba, Boga, wszystkich spraw, które na ziemi wydają się tak bardzo pogmatwane...                      

 

 

 

 

 

 

Tomasz Wójt

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA