Strona główna / nr 2 (4) - WIOSNA 2005 / ZDOBYCIE MOUNT EVERESTU cz. II
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Zdobycie Mount Everestu cz. II - XXV rocznica pierwszego zimowego wejścia

[ Mount Everest galeria 1 ] [ Mount Everest galeria 2 ]


Nanga Parbat zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         
Krzysztof Wielicki
Zdobycie Mount Everestu cz. II

XXV rocznica pierwszego zimowego wejścia     

            Po założeniu bazy na lodowcu Khumbu, 5 stycznia 1980 roku rozpoczęliśmy zakładanie poręczówek i obozów na drodze normalnej. W ciągu 10 dni mieliśmy gotowe trzy obozy. Przez kolejnych kilkanaście dni nie mogliśmy nic zrobić z powodu huraganowych wiatrów, a czas nieubłaganie uciekał. Mieliśmy zezwolenie na pobyt tutaj do końca lutego, ale kierownik wyprawy Andrzej Zawada obiecał, że zakończymy działalność dwa tygodnie wcześniej. Szerpowie pocieszali nas i przepowiadali rychłą poprawę pogody. Wiatr powoli zaczął przycichać i mogliśmy ruszyć w górę. Dopiero 11 lutego zespół w składzie Walenty Fiut, Leszek Cichy i ja osiągnął po raz pierwszy Przełęcz Południową (ok. 8000m.). Rozbiliśmy namiot i  założyliśmy ostatni obóz. Kilka kolejnych dni poświęconych było na aklimatyzację i donoszenie sprzętu - butli z tlenem, od których zależał udany atak szczytowy. Po nas na Przełęcz Południową dotarli Andrzej Zawada i Ryszard Szafirski. Rysiek usiłował zanieść butle z tlenem na niższy Południowy Wierzchołek (ok.8750m.), ale udało mu się wnieść je tylko około 150 metrów wzwyż. 14 lutego na Przełęcz Południową dotarli Andrzej Heinrich i Szerpa Pasang Norbu, którzy nazajutrz podjęli nieudany atak szczytowy. W międzyczasie Zawada z Szafirskim rozpoczęli zejście z Przełęczy Południowej. Szafirski był w dużo lepszej formie schodził więc szybciej, ale zapewniał, że Andrzej lada chwila dotrze do „trójki”. Mijał czas, zapadł zmrok, a Andrzeja ciągle nie było. Szafirski jako jego partner czuł się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, że opuścił go po drodze. Nie umiał znaleźć sobie miejsca. Gdyby tylko mógł, ruszyłby do góry, ale po całym dniu akcji nie miał już sił. Przez radiotelefon trwała dyskusja kto ma iść szukać Andrzeja. Uważaliśmy, że na pomoc Zawadzie powinni ruszyć Heinrich i Pasang, którzy zdążyli już odpocząć na Przełęczy i nie bardzo kwapili się do jutrzejszego ataku, a idąc z góry doszliby do niego dużo szybciej. O ósmej urwała się z nimi łączność.

Godzinę później uznaliśmy z Leszkiem, że nie można dłużej zwlekać. Ubrałem się, założyłem raki, wziąłem latarkę i poszedłem się rozejrzeć. Z samego obozu nie było widać drogi na Przełęcz. Żeby ją zobaczyć, musiałem zrobić spory trawers i wyjść poza zasłaniającą widok ściankę lodową. Kiedy się tam znalazłem, od razu zobaczyłem mrugające w oddali światełko. Zorientowałem się że jest za bardzo z boku. Przyszło mi na myśl, że albo spadł, potłukł się i nie ma siły iść, albo zwyczajnie zgubił drogę. Zaraz przypomniałem sobie te kłopoty Andrzeja ze wzrokiem, te jego wiecznie parujące okulary. Zawsze kazał sobie czytać a teraz mógł po prostu czegoś nie zauważyć, zgubić czekan, złamać rękę lub nogę. Zacząłem krzyczeć, że jest za nisko, że musi podejść. Po chwili światełko drgnęło, wolniutko przesunęło się w górę, zatrzymało się, znów drgnęło. Odetchnęliśmy. Wiedzieliśmy już, że Zawadzie nic nie jest, że zabłądził, ale może iść o własnych siłach. Najbardziej bałem się schodzenia do Andrzeja po nie poręczowanym lodowym stoku. W górę idzie się w miarę bezpiecznie, ale w dół nawet za dnia nietrudno się potknąć, przewrócić, zjechać kilkaset metrów. Gdy dotarliśmy do niego Leszek podał mu gorący bulion i środki rozszerzające, gdyż skarżył się, że nie czuje stóp. Po chwili Andrzej poczuł się lepiej i powolutku doprowadziliśmy go do poręczówki którą zgubił podczas feralnej przepinki. Podczas schodzenia, zaczęły dokuczać mi palce odmrożone podczas poprzedniej wyprawy. Przyspieszyłem więc i dotarłem do obozu pierwszy. Leszek przyszedł pół godziny później. Była szósta rano. Akcja zajęła nam praktycznie całą noc. Byliśmy tak zmęczeni, że o porannym wejściu na Przełęcz nie mogło być mowy. Zdjęliśmy tylko raki i w butach w całym ubraniu walnęliśmy się do śpiworów. Drzemaliśmy zmordowani, a Szafirski tylko serwował nam kolejne herbaty i kawy.

Kiedy my odpoczywaliśmy w „trójce” Heinrich z Pasangiem podjęli pierwszą praktycznie próbę zaatakowania szczytu. Pogoda była stosunkowo niezła, wiatr dość słaby, dopiero po południu zaczął prószyć śnieżek. Zyga był w doskonałej formie, Pasang też. Mieli ogromną szansę na to wejście - tylko że w nią nie wierzyli. Tego samego dnia zeszli z Przełęczy, wpadli do „trójki” napić się czegoś i pobiegli z Szafirskim na nocleg do „dwójki”.

Dnia 16 lutego ruszyliśmy z Leszkiem w górę. Wzięliśmy po butli z tlenem na drogę i może dzięki temu szło nam naprawdę doskonale. Najszybsze dotychczas wejście na Przełęcz trwało sześć godzin, a my podeszliśmy w niespełna cztery. Dbaliśmy o utrzymanie dobrej formy przed jutrzejszym atakiem, więc po drodze zatrzymaliśmy się, napiliśmy się herbaty z termosu, odpoczęliśmy trochę. Dzięki temu dochodząc koło pierwszej na Przełęcz nie czuliśmy prawie zmęczenia. Przełęcz Południowa tworzy szerokie siodło na którym zatrzymują się wszystkie wyprawy zdążające na Mt. Everest i Lhotse drogą klasyczną. Wnoszą oni całe tony sprzętu, który leży pozostawiony na Przełęczy. Gdyby ktoś miał czas i siły można by tu skompletować nie najgorsze wyposażenie dla całkiem sporej wyprawy. Leszek wpadł na pomysł by nocą grzać w namiocie. Wyszukaliśmy więc w okolicy butan do maszynek, oraz butle z tlenem na noc. Ugotowaliśmy herbatę, kawę, jakąś zupkę. Na deser mieliśmy znalezioną na Przełęczy galaretkę, którą zagryzaliśmy pasztetem wraz z kilkuletnim chrupkim chlebem pozostawionym przez poprzednich właścicieli. Czegoś tak dobrego nigdy jeszcze nie jadłem.

Zaczynało świtać. Słońce podniosło się lekko nad Przełęczą. Oczywiście to słońce niewiele jeszcze grzało i temperatura była o jeden stopień wyższa od minimalnej w nocy. Widok jasnego czystego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. W namiocie zostawiliśmy jeden termos pełen herbaty, żeby w drodze powrotnej, idąc do „trójki”, nie stracić na Przełęczy zbyt wiele czasu. Wszystkie rzeczy puchowe założyliśmy na siebie. Ja włożyłem jeszcze do plecaka zapasowy sweter, skarpety, rękawice i kombinezon przeciwwiatrowy. Poza tym niosłem termos, pakiet szczytowy i oczywiście swoją butlę. Razem było tego dobre kilkanaście kilogramów.

Ruszyliśmy na szczyt. Po pewnym czasie zaczęło kurzyć. Pogoda zrobiła się typowo tatrzańska. Porywany przez wiatr wczorajszy sypki śnieg unosił się tumanami, a potem raptownie opadał, jakby chciał zasypać nas wyrwanymi spod nóg płatkami. Szło się dość kiepsko, bo na śliskim i twardym firnie leżała kilkucentymetrowa warstwa sypkiego, osuwającego się puchu. W końcu zdecydowaliśmy się wejść na grań. Właściwie nie tyle zdecydowaliśmy, co po prostu weszliśmy. Nad takimi rzeczami człowiek się nie zastanawia. Nikt nie kalkuluje sobie, że tu jest wiatr, a tam nie, tam mogę się poślizgnąć, więc jednak pójdę tu. To dzieje się samo, poza świadomością. Dlatego takie ważne jest doświadczenie – lata wspinaczki i chodzenia po Himalajach. Człowiek, który by tu był pierwszy raz, miałby znikome szanse ujścia z życiem. Kiedy znaleźliśmy się na grani, okazało się, że tu też jest niedobrze, bo z kolei śnieg jest wywiany i idzie się po nagiej skale. W rakach na skale jest szalenie niebezpiecznie. Musieliśmy zejść parę metrów na stronę tybetańską.

Na Wierzchołku Południowym wiało dość mocno, więc odpoczęliśmy tylko chwilkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami był jeszcze najtrudniejszy odcinek między wierzchołkiem południowym a szczytem. Zeszliśmy na niewielką przełączkę i tu dopiero zaczęły się prawdziwe kłopoty. Nie mogliśmy iść granią, bo potworzyły się na niej ogromne nawisy, które w każdej chwili mogły się oberwać i porwać nas z sobą. Zszedłem trochę niżej.  Tu też okazało się niebezpiecznie, więc wróciłem do Leszka, który szedł pod samą granią. Wspiąłem się za Leszkiem na Stopień Hilarego. Blisko, w odległości najwyżej kilkunastu minut marszu, zobaczyłem wierzchołek. Droga była dość łatwa. Szedłem jak najszybciej. Kiedy dotarłem na miejsce, zobaczyłem Leszka podążającego dalej. Przed sobą widziałem kolejny wierzchołek unoszący się stromo nad granią. To musi być ten – pomyślałem – to już na pewno ten! Ale i tym razem spotkał mnie zawód. Wysokość zdobywaliśmy z wielkim trudem, a ja musiałem ponadto pokonywać ból odmrożonych stóp. Na szczycie stanęliśmy o godzinie 14,25. Byłem w euforii. Chciałem jej za wszelką cenę uniknąć. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy. W chwilę później Bogdan Jankowski przesłał z bazy w świat radiowy komunikat: „...Mount Everest zdobyty po raz pierwszy w okresie zimy himalajskiej”. Wypowiedziany przez mojego partnera, a rozpowszechniony później przez media autokomentarz dotyczący wejścia: „gdyby to nie był Everest, to pewnie byśmy nie weszli” – zawiera prawdę i o mnie.

Messner w jednej ze swoich książek pisze, że zwycięskich wspinaczy ogarnia błogie rozleniwienie, nieodparta chęć pozostania na szczycie. Uznaliśmy to za chwyt reklamowy. My chcieliśmy raczej zwiewać stąd jak najszybciej. Wyłączyliśmy radiotelefon i zabraliśmy się do roboty. Najpierw wyciągnęliśmy flagi. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi trzymającemu je na szczycie. Migawki zamarzły nam na kamień i udało się zrobić tylko jedno zdjęcie ze szczytu. Zawiesiliśmy na triangulu różaniec od Papieża i krzyżyk od matki Staszka Latałły – naszego kolegi, który zginął w 1974 r. podczas wyprawy na Lhotse – i włożyliśmy do schowka kartkę z napisem: „Polish Winter Expedition”. Leszek znalazł kilka kamyków, a ja włożyłem do specjalnych torebek parę garści śniegu dla naukowców.3.jpg (3.80 Kb)

Pięć po trzeciej rozpoczęliśmy zejście. Miałem już tak obolałe stopy, że po prostu nie byłem w stanie utrzymać się na stromym stoku. Musiałem podrąbywać stopnie, a to dodatkowo zwalniało i tak żółwie tempo. Zaczynał się wyścig z czasem, którego stawką mogło być nasze życie. Tuż za wierzchołkiem południowym straciłem wzrok. Przez dłuższą chwilę widziałem tylko białe plamy. Żadnych kształtów, proporcji, barw. Przede mną stanęła biała nieprzenikniona ściana. Straciłem poczucie czasu i kierunku. Przypomniałem sobie o okularach (spawalniczych), które zdjąłem w czasie podejścia, bo co chwila zachodziły mi parą. Założyłem je i przez jakiś czas stałem zupełnie bezradny na pokrytym osypującym się śniegiem stromym stoku. Bałem się ruszyć. Kurczowo chwyciłem głowicę czekana i czekałem, aż odpoczywające za szkłem oczy znów zaczną widzieć. Pierwszy raz miałem wątpliwości, czy uda się zejść. Koło drogi zobaczyliśmy wyłaniającą się ze śniegu zlodowaciałą postać Hannelore Schmatz – himalaistki, która pozostała tu na zawsze. Robiło się już ciemno, a my mieliśmy jeszcze przed sobą szmat drogi. Schodziłem z wielkim trudem. Na stromym stoku cały ciężar ciała spoczywał na odmrożonych, krwawiących, coraz bardziej bolących palcach. Próbowałem iść bokiem, ale wtedy bardzo łatwo się potknąć. Zmęczenie było ta ogromne, że na pewno w razie upadku nie zdołałbym wyhamować co kosztowałoby mnie życie. Tak więc zejście przodem. Co kilka kroków przystanek. Żeby choć na chwilę zmniejszyć potworny, otępiający ból w palcach. Wiedziałem, że opóźniam marsz. Leszek musiał zwalniać, aby nie zostawić mnie za daleko w tyle. W ten sposób zmniejszały się też i jego szanse na szczęśliwe dotarcie do Przełęczy. W zupełnych ciemnościach, prawie po omacku pokonaliśmy stosunkowo łatwy trawers. Latarki były wyczerpane – ich światło sięgało najwyżej na metr. W górach metr to nie jest odległość. Chcąc w miarę rozsądnie wybierać trasę, trzeba widzieć na dziesięć, sto, pięćset metrów.

Zostawałem sporo w tyle. Chwilami traciłem Leszka z oczu. Często musiałem przystawać i szukać na stoku śladów jego raków. Kiedy znalazłem się w kuluarze, wiedziałem, że teraz wszystko zależy tylko od mojej kondycji i od tego, na ile będę w stanie wydobyć ukryte jeszcze w mięśniach rezerwy. Właściwie nie miałem już sił. W takich momentach człowieka nie niesie już siła mięśni, lecz siła woli – ogromna wola przetrwania. Wpada się w trans, który powoduje, że ruchy stają się niemal automatyczne. W kuluarze znów zrobiło się bardzo stromo. Nie mogłem już schodzić przodem. Piekący ból żywcem obdzieranych ze skóry palców u stóp wymusił zmianę techniki zejścia na zjazd. Wbijałem czekan z całej siły, chwytałem go oburącz, obsuwałem nogi, wyrywałem czekan, wbijałem nieco niżej, znów zsuwałem nogi. Posuwałem się w żółwim tempie. Wtedy wydawało mi się, że jest to dla mnie jedyny ratunek. Będę szedł nie wiem jak długo – powiedziałem sobie – ale w końcu dojdę, muszę dojść. Pomyślałem, że nie mam prawa zatrzymywać Leszka. Mógł iść dużo szybciej niż ja, a ciągłe zwalnianie tempa tylko go dodatkowo osłabiało. Krzyknąłem mu, żeby szedł i nie oglądał się na mnie.

Postawiłem na ostrożność. Wiedziałem, że na samo dojście powinno wystarczyć mi sił, a jeden nieostrożny ruch może kosztować życie. Najwięcej czasu straciłem na seraku. Zszedłem za nisko i nie miałem już sił, aby się wycofać. Zmarnowałem tam co najmniej pół godziny. Zrobiło się tak stromo, że nie mogłem schodzić, więc po prostu usiadłem, zaparłem się rakami i zjeżdżałem kawałeczek po kawałeczku. W końcu wyłoniły się z mroku jaśniejsze kontury Przełęczy. Widziałem wzniesienie w stronę grani Lhotse, ale nie widziałem namiotu. Zgłupiałem zupełnie. Gdzie jest namiot? Nie wiedziałem, czy mam iść w prawo czy w lewo. Przypomniałem sobie, że namiot stoi na łagodnym zboczu lekko opadającym w stronę kotła. Niepewnie ruszyłem w tamtą stronę.

Będąc blisko namiotu pomyślałem, że jestem uratowany. W namiocie było cieplutko. Leszek, który już trochę odpoczął, daje mi wspaniałej, gorącej herbaty i zabiera się do gotowania zupy. Odmrożone stopy wydały mi się w tym momencie najważniejsze. Wiedziałem, że mogę jeszcze wiele zrobić, aby uniknąć amputacji. Zdejmuję buty i wyciągam nogi nad wolną maszynką. Siedzę z kolanami pod brodą, trzymając stopy nad płomieniem. Całą swoją wolę skupiam nad tym, żeby nie zasnąć. Boję się, że spalę namiot i przyjdzie nam nocować pod gołym niebem. Zupa jest gotowa. Jakoś nie mogę jej wmusić w siebie – Leszek zresztą też. Zjadamy najwyżej po dwie łyżki. Widzę tylko płomień maszynki i grzejące się nad nim sztywne, zimne jak lód stopy. Co chwila przysypiam, budzę się z przerażeniem. Przez moment udaje mi się czuwać, a potem oczy same się zamykają, świadomość ucieka, zapadam w czarną otchłań. Po dwóch godzinach czucie w stopach zaczyna wracać. Widzę już że obejdzie się bez większych amputacji, włażę więc do śpiwora i w końcu udaje mi się zasnąć.

Zejście do bazy było bardziej czołganiem się niż marszem. Moment powrotu wspominam jako jeden z najwspanialszych, jakie przeżyłem w górach. Koledzy płakali; były to łzy szczęścia. Chociaż nie oni stanęli na szczycie – a przecież tego pragnie każdy uczestnik wyprawy – wszyscy przeżywali radość zwycięstwa.

 

Uczestnicy wyprawy:

Andrzej Zawada – kierownik wyprawy, Józef Bakalarski /filmowiec/, Leszek Cichy, Krzysztof Cielecki, Ryszard Dmoch /zastępca kierownika/, Walenty Fiut, Ryszard Gajewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jan Holnicki-Szulc, Robert Janik /lekarz/, Stanisław Jaworski /filmowiec/, Bogdan Jankowski, Aleksander Lwow, Janusz Mączka, Kazimierz Waldemar Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek.

Opracowanie Janusz Jędrygas

 

 

Był rok 1979. Polski Związek Alpinizmu przygotował dwie narodowe wyprawy na Mt. Everest pod kierownictwem Andrzeja Zawady – pioniera himalaizmu zimowego – zimową i wiosenną. Miałem jechać z ekipą wiosenną w następnym roku, lecz umieszczono mnie także jako rezerwowego na liście wyprawy zimowej. Zdarzyło się, że trójka moich kolegów zrezygnowała; pojechałem więc zimą. Pod pewnymi względami nasza wyprawa była jedyną w swoim rodzaju. Nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem tak autentycznego zbiorowego wysiłku, dobrze dobranego składu, dobrej atmosfery w zespole i charyzmy kierownika.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA