Strona główna / nr 2 (4) - WIOSNA 2005 / TRZEBA ZEJŚĆ, ŻEBY ZWYCIĘŻYĆ
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Trzeba zejść, żeby zwyciężyć

[ Mount Everest galeria 1 ] [ Mount Everest galeria 2 ]


Krzysztof Wielicki Himalaje szkolenie GOPR zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Kangchengjunga zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia
         
Leszek Cichy

Trzeba zejść, żeby zwyciężyć

Nacisnąłem przycisk radiotelefonu i wciąż jeszcze ciężko dysząc zacząłem wywoływać – Halo baza, halo, czy nas słyszycie. Odbiór. Po chwili „klimek” zaskrzypiał, zarzęził i w końcu wydobył się z niego nerwowy głos Zawady: Halo, dwójka, halo, słyszymy, gdzie jesteście. Odbiór. – Na szczycie jesteśmywyrwał się Krzysiek – na szczycie zimą, Wasza to zasługa. – Hurra, hurra z „dwójki” słychać było dzikie wrzaski radości. – Są na szczycie, halo baza, są na szczycie, całujemy, rekord świata. Zimno tunareszcie dorwałem się do głosu – wieje jak cholera, strasznie ciężko. Naprawdę, gdyby to nie był Everest, to chyba byśmy nie weszli. Straszne nawisy. Bardzo boimy się zejścia. Będziemy bardzo uważać. Jest cholerny wiatr, siecze w oczy, ale damy radę. Zobaczysz. Do zobaczenia.

            Wyłączam radiotelefon, rozkręcam antenę i pakuję do plecaka. Jeszcze trzeba umocować butlę, żeby trzymała się w środku i można zakładać maskę. W butli już tylko 30 atmosfer tlenu. Starczy na godzinę, może półtorej. Oby wtedy mieć już za sobą grań do Południowego. Wierzchołek Południowy traktujemy jako ten punkt, gdzie skończą się wszystkie problemy i gdzie będziemy bezpieczni. Krzysiek zaczyna już schodzić. Zarzucam plecak, poprawiam maskę i powoli ruszam za nim. Wiatr. Teraz, kiedy wstaliśmy i kidy trzeba się w nim poruszać, czuje się jego siłę. Wiele z prawej strony, niosąc twarde grudki lodu. Mimo maski sieką po twarzy. Krzysiek, bardziej w prawo, bardziej w prawo, bo zlecimy nawisem – wołam, odchylając maskę. Pierwsze sto, dwieście metrów jest łatwe. Stroma, ale szeraka grań doprowadza do Stopnia Hilary`ego. Tam się zwiążemy – myślę. Mijam kolejny podwierzchołek i widzę, że Krzysiek już jest na Stopniu Hilary`ego. Dlaczego nie poczekał na linę, do cholery – jestem zły, ale już nic nie mówię. Krzysiek schodzi tyłem, wybijając małe stopnie w twardym zlodowaciałym śniegu. Opieram się o stok i czekam. Wiatr przenika przez wszystkie warstwy naszych ubiorów. Ależ zimno. Kiedy on wreszcie zejdzie? Obserwuję Krzyśka. Porusza się powoli, ale bardzo ostrożnie. To dobrze. Trzeba uważać. Wreszcie jest na dole.

            Teraz kolej na mnie. Przez chwilę myślę o wyjęciu liny, ale nie byłoby jej tu o co zaczepić. Pierwsze parę kroków jest łatwe, jednak w połowie uskoku trzeba opuścić się na czekanie. Niepewne stopieńki nie dają gwarancji bezpieczeństwa, ale w końcu innej drogi nie ma. Moment emocji i jestem obok Krzyśka. Teraz czeka nas pozioma, mocno eksponowana, z ogromnymi dwudziestometrowymi nawisami, lodowa grań. Posuwamy się trochę poniżej, po prawej, nawietrznej stronie ostrza. Stromy lodowy stok, oraz potworny wiatr zmusza nas do schodzenia bokiem. Idziemy twarzą do stoku, odwróceni plecami do wiatru. Wbijanie czekana, wyrąbywanie kolejnych stopni i poprawianie maski, bo ciągle patrzymy pod nogi i maska podjeżdża do góry, strasznie przedłuża zejście. Posuwamy się dosłownie metr po metrze. Patrzę na daleki Wierzchołek Południowy i marzę, żeby się już tam znaleźć. Czas ucieka, robi się coraz później, ale tu nic nie można przyspieszyć. Trwa to wszystko bardzo długo, jednak w końcu, po prawie dwóch godzinach dochodzimy do maluteńkiej przełączki pod parometrowym uskokiem Wierzchołka Południowego.

            Miejsce jest trochę osłonięte od wiatru i z ulgą zdejmujemy plecaki. Patrzę na wskazówkę manometru. Stoi na zerze. Krzyśka też. No tak, koniec tlenu. Rozpinamy plecaki i wyjmujemy butle. Zostaną tutaj. Nam są już niepotrzebne, a nawet puste ważą po pięć kilogramów. Odkręcamy reduktory – te są zbyt cenne, żeby je tu zostawić. Masek nie zdejmujemy, jednak chronią od wiatru i oddechem ogrzewamy całą twarz. Wyjmuję termos z Krzyśka plecaka, ale nie mamy ochoty na picie. Wiedząc, że tak trzeba, wkładam do ust kilka kostek cukru. Namawiam też Krzyśka. Ze swojego plecaka wyjmuję linę, a Krzysiek ze swojego trzy lodowe śruby. One już też nie będą nam potrzebne. Będziemy mieli lżej. Układam pozostałe rzeczy w plecaku.

            Radiotelefon? Może się połączyć? Ale co im powiemy? Że jest późno, że dopiero tu za Wierzchołkiem Południowym zacznie się prawdziwa walka z odległością, czasem i narastającym zmęczeniem, i że nie wiemy, czy uda się zejść? Szkoda czasu. Wiążę plecak i zakładam na ramiona. Teraz ja ruszam pierwszy.

            Na  Wierzchołku Południowym przechodzimy na drugą stronę grani i teraz idziemy po zawietrznej jej stronie. Trochę mniej wieje, ale w powietrzu unosi się rozpylony śnieg i zalepia okulary. Ciągłe ich przecieranie nie ma sensu. Trzeba zdjąć. Dopiero teraz spostrzegamy, że jest już zmierzch. Jest godzina piąta. Za pół godziny, najwyżej godzinę zrobi się całkiem ciemno, a my jesteśmy tak wysoko – na wysokości około 8700 m. Przed nami cztery – pięć godzin zejścia. Czy damy radę zejść po ciemku?

            Rozpylony w powietrzu śnieg ogranicza widoczność do kilku metrów. Stroma, przetykana skałami grań poniżej Wierzchołka Południowego zmusza nas do schodzenia śnieżnymi polami, dziesięć, piętnaście metrów poniżej ostrza. Śnieg spadły przed dwoma dniami, wywiany ze ściany przez silny wiatr tworzy tu, na zawietrznej stronie, warstwę dwudziestu centymetrów puchu. Jest po prostu niebezpiecznie. Zaczynamy schodzić tyłem. Posuwamy się wolniej, jednak w tych warunkach jest to jedyny bezpieczny sposób. Tracimy poczucie mijającego czasu. Cały nasz świat to stok widoczny kilka metrów w do góry i kilka metrów w dół. Nierealna sceneria.

            Czekan. Stopień. Stopień. Czekan. Powtarzający się w nieskończoność rytm kroków i ręki przesuwającej niżej punkt oparcia. Robimy to podświadomie. Przy narastającym zmęczeniu do głosu zaczyna dochodzi doświadczenie. Dziesięć lat wspinania pozwala wyłączyć się z tych czysto mechanicznych czynności. Nasza uwaga skupia się na utrzymaniu maksymalnie szybkiego tempa. Powoli grań staje się mniej stroma i kończy się jej skalna część. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i jesteśmy na małym, śnieżnym jej przegięciu. Spakowany plecak, wbity w śnieg czarny czekan i kawałek liny przypominają, że to tu jesienią zeszłego roku umarł na biwaku Ray Genet – przewodnik z Alaski, którego kartkę znoszę ze szczytu.

            Siadamy. Chwila odpoczynku. Co z nogami – pytam Krzyśka. Nie wiem nie czuję. Od momentu, gdy skończył się tlen, zmęczenie narasta coraz szybciej i coraz dotkliwiej odczuwamy zimno. Trzeba ruszać. Tylko szybki marsz w dół może rozgrzać stopy. Teraz mamy przed sobą łatwiejszy odcinek.

            Lekko nachylona, szeroka na metr grań pozwala iść jej ostrzem. Znowu mocno wieje, ale powietrze robi się przejrzyste. Jest szaro. W oddali rozpłaszczająca się grań tworzy sporą platformę. Widać strzępy namiotów i puste, żółte butle tlenowe. To tam większość wypraw zakłada dodatkowy – piąty obóz. Jesteśmy więc na wysokości około 8450 m. Nie dochodząc do tego miejsca musimy skręcić w prawo, opuszczając grań. Schodzimy niezbyt stromym śnieżnym zachodem. Śnieg jest twardy, zmrożony i idzie się bez przeszkód. Tylko to zmęczenie. Po kilkunastu metrach dostrzegam niewyraźną sylwetkę. W kolorowym puchowym kombinezonie półleży na stoku. Na nogach raki. Związana liną, której drugi koniec schodzi w dół, pokazując kierunek dalszej drogi. Więc dotąd doszła Hannelore Schmatz po biwaku spędzonym na śnieżnej przełączce, sto pięćdziesiąt metrów wyżej. Przechodzę obok, odwracam się i widzę twarz skrytą w puchowym kapturze. Wygląda jakby usiadła i odpoczywając zakrywała się od wiatru. A więc i tak może wyglądać zejście z Everestu.

            Jest prawie ciemno. Coś dziwnego zaczyna się dziać z moim wzrokiem. Nie mogę skupić ostrości na szczegółach. Przed oczyma zaczynają migać czarne i czerwone plamy. Co to znaczy? Ogarnia mnie strach. Zdejmuję plecak i po omacku wyciągam latarkę. Zapalam. Mały, jasny krążek światła jest niczym wobec ogromu przestrzeni. Gaszę latarkę i czekam. Jest ciemno. Myślę o Majce i synu. Jak oni są daleko. Czekają. Czy już wiedzą, że byłem tam, na szczycie? Wrócić. Trzeba wrócić.

            Wzrok stopniowo przyzwyczaja się do całkowitej ciemności. Z wysiłkiem wstaję i powoli ruszam w dół. Jak to jeszcze daleko. Teraz tylko znaleźć wejście do kuluaru. Intuicja i pamięć drogi do góry podpowiadają bezbłędnie właściwe rozwiązanie. Dochodzę do niewielkiego, metrowej wielkości skalnego progu odgradzającego wejście do kuluaru. Jeszcze chwila i jestem poniżej.

            Kuluar tu na górze jest stromy i ma tylko kilka metrów szerokości. Niżej rozszerza się i łagodniejąc przechodzi stopniowo w serak odgradzający go od siodła przełęczy. Twardy śnieżno lodowy stok wymaga skupienia i maksymalnej ostrożności. To pochłania resztki sił i tylko siła woli i instynkt przetrwania zmusza do marszu w dół. Coraz wyższe, skalne ściany kuluaru odgradzają od podmuchów wiatru. Jestem prawie na płaskim. Teraz w lewo. Duży łuk w lewo. Trzeba ominąć zagradzający drogę serak. Nic nie widać. Tylko daleko zarysy skał szczytu Lhotse nieco orientują w przestrzeni. Przełęcz jest ogromna i zaczynam mieć wątpliwości, czy trafię do namiotu.

            Namiot?! A jeśli go nie ma? Jeżeli porwał go wiatr? Nie dopuszczam tych myśli. Przecież nie możemy tak przegrać. Obciążyliśmy go pustymi butlami tlenowymi. Jest mały i nawet taki huragan nie powinien go zwiać. Chyba już minąłem serak. Teraz w prawo. Namiot stał na zachodnim stoku przełęczy. Ostatnie kilkaset metrów dłuży się w nieskończoność. Latarka przestała już świecić i co chwilę potykam się o leżące na przełęczy kamienie. To już gdzieś niedaleko. To musi być gdzieś tu. Zawadzam o wmarznięty w lód kamień i leżę jak długi. Powoli podnoszę się. Robię kilka kroków i jest. Jest namiot.

            Godz. 21,30

-         Halo dwójka. Halo dwójka. Tu czwórka. Mówi Leszek. Jestem w namiocie. Krzysiek dochodzi. Odbiór.

-         Powtórz jeszcze raz. – Odparł Zawada. – Spokojnie bo nie rozumiem.

-         Mówi Leszek. Jestem w namiocie. Krzysiek dochodzi. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony... Połączymy się później. Zasypiam na siedząco. Na razie.

 

Literatura:

-         Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, Jacek Żakowski – Rozmowy o Evereście

-         Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki – Na Mount Everest zimą, Wierchy nr 50 (1981)

 

 

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA