Strona główna / nr 2 (4) - WIOSNA 2005 / W PÓŁNOCNEJ ŚCIANIE EIGERU
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
W północnej ścianie Eigeru ( przygoda nie tylko alpinistyczna)

[ Eiger zdjęcia galeria ]  

Stanisław Biel zdobycie Eigeru zdjęcia

Marian Bała piękne szczyty zdjęcia

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia


Alpy Matterhorn, akcja ratownicza, zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Mount Everest zdjęcia galeria 2
         

 W SKAŁACH EIGERU

Stanisław Biel                               

 

W 1961 roku Klub Wysokogórski zorganizował wyjazd 4-osobowej grupy w Alpy. Zadaniem jakie postawiono jego uczestnikom było przejście północną ścianą Eigeru. W skład grupy wchodzili: St. Biel, J. Długosz, Cz. Momatiuk, J. Mostowski.

Przybywamy do Grindenwaldu 20 lipca. Niestety aura nie sprzyja nam. Przez cały miesiąc pogoda jest kiepska. Mimo to szereg zespołów próbuje szczęścia. Wszystkie próby kończą się na wysokości trudnej rysy, czy też trawersu Hinterstoissera. Trawers jest zalodzony, w ścianie dużo świeżego śniegu uniemożliwia przejście ściany. 18 sierpnia śnieg zasypuje nasze namioty w Alpiglen. Kończy nam się żywność i pieniądze, a co gorsza wizy za parę dni stracą ważność. Rezygnujemy. Momatiuk wraca do kraju, Długosz z Bonningtonem i Whilesem jedzie do Chamonix, Mostowski i ja do Zermatt. Alpy Walijskie słynne są z dobrej pogody. Chcemy spróbować przejść pn. ścianę Matterhornu. Udaje się nam to 21 i 22 sierpnia. Tymczasem rozpogodziło się. W całych Alpach zapanował niespotykany o tej porze okres słonecznej pogody. Staramy się go wykorzystać i wracamy do Grindenwaldu.

W międzyczasie okolicą wstrząsa kolejna tragedia. 27 sierpnia młody Austriak Adi Mayr samotnie atakuje ścianę i dociera do „żelazka”. Następnego dnia odpada z dolnej części „rampy”. Eiger po raz kolejny zebrał swoje krwawe żniwo, lecz fakt, że samotny wspinacz w ciągu jednego dnia doszedł do „biwaku śmierci” upewnia nas, że w ścianie są niezłe warunki do wspinaczki. 29 sierpnia wieczorem docieramy wraz z towarzyszącymi nam Czechosłowakami Kucharem i Zibrinem do stacji Eigergletscher i w nocy mamy zamiar wejść w ścianę. W pewnym momencie podchodzi do nas elegancko ubrany młody człowiek, przedstawia się, że jest z policji i prosi o paszporty. Na nic zdały się tłumaczenia, że zostały one w samochodzie Czechosłowaków. Policjant pogrzebał w notatniku i znalazł na nas haka. Posiadał odpis formularza wizowego z którego wynikało, że nasze wizy straciły ważność. Musieliśmy wraz z policjantem zejść na dół w środku nocy. Nazajutrz Komendant Policji przysłał nam nakaz opuszczenia Szwajcarii. Cóż było robić? Ze skwaszonymi minami zaczęliśmy się pakować, gdy podszedł do nas młody Szwajcar. Dowiedział się w czym rzecz i mówi: - Ja tu mam motor z przyczepą. Wsiadajcie Panowie zawiozę Was do Berna i od ręki załatwicie wizy. Dzięki życzliwości całkowicie obcego nam człowieka jeszcze tego samego dnia wracamy i w ostatniej chwili wskakujemy do kolejki , która idzie w kierunku Eigeru. Wiecorem jesteśmy ponownie na stacji Eigergletscher.

xxx

Obok szczeliny brzeżnej spotykamy dwuodych. Szwajca­rów. Kurt Gruter z Zurychu i Sepp Inwyler z Lucerny będą naszymi partnerami w ścianie. Przypadkowe spotkanie poprawia samopoczucie. Cztery Osoby to zespół bezpieczniejszy. Lawiny kamienne Eigeru mają ustaloną sławę. Kamienne pociski były przyczyną niejednej śmierci. Wielu ranionych wyprowadzili ze ściany towarzysze...

W ciemności, którą rozjaśnia skąpe światło latarek posuwamy się w górę. Znamy teren z poprzedniej próby i poruszamy się szybciej niż Szwajcarzy, Już wkrótce Gruter i Inwyler giną nam z oczu, pod którymś z częstych progów. Nietrudna dolna część ściany jest zdradliwa. Pokonanie spo­tykanych tutaj trudności to tylko kwestia nieco krótszego lub dłuższego czasu. Ale czas ma tu wagę złota. Przejście pól lodowych w godzinach popołudniowych, gdy operuje słońce i rośnie intensywność bombardowania kamieni, w znacznym stopniu zwiększa ryzyko.

Dzień wstaje gdy jesteśmy na wysokości "pierwszego filara". Wyłaniające się z mroku zawieszone nad głową płyty "czerwonej ściany" straszą swym litym pionem.

"Ciężką rysę" - przeprowadzającą przez 50-metrowy uskok skalny poniżej trawersu Hinterstoissera - pierwszy atakuje Mostowski. Duże trudności opóźniają tempo.

Od zadzierania głowy boli kark. Chrapliwy oddech wal­czącego z przewieszkami partnera jest zapowiedzią tego, co czeka mnie za chwilę. Dochodzą Szwajcarzy. Powyżej rysy, gdy przerąbuję się przez strome pole śnieżne, słyszę nad. sobą głosy. Po chwili spostrzegani dwójkę schodzącą wolno w dół.

- Strickler - przedstawia się starszy z zespołu - biwakowaliśmy w "jaskółczym gnieździe". Noc była ciężka. Mój partner czuje się źle. Musimy wracać... - relacjonuje ci­chym głosem. Po chwili dodaje: - Warunki są świetne...

Inwyler spoglądając na znikający w dole zespół mówi do Grutera:

-         Szkoda. Taki dobry alpinista.

Przed pierwszym kluczem ściany - trawersem Hinterstoissera - zatrzymujemy się na chwilę. Otoczeni ze wszystkich stron urwiskami nie do ugryzienia podziwiamy intuicję niemieckiego wspinacza. Pionowy, gładki uskok skalny doprowadza­jący do pierwszego pola lodowego możliwy jest do pokonania za pomocą trawersu linowego.

Gdy jako pierwszy wchodzę w pionowe płyty uskoku, a pod nogami wyskakują odległe o 700 m piargi, moje uznanie rośnie. Trawers Hinterstoissera to nie jeden, a właściwie trzy następujące bezpośrednio po sobie trawersy. Ma on 40 m długości. Odcinek ponad trawersem doprowadzający do "ja­skółczego gniazda" jest także trudny. Tutaj po raz pierwszy Gruter i Inwyler korzystają z naszej liny. Odtąd w każdym trudniejszym miejscu będzie to regułą.

Na pierwszym polu lodowym pierwsza lawina kamieni. Dudnią po hełmach, biją w ramiona. Do niepewności, która zrozumiała jest dla każdego kto na koniuszkach raków piął się po stromym lodowym stoku, dołącza się świadomość, że każda lawinka głazów może być początkiem tragedii.

Przyspieszamy. Chciałbym podbiec w rę. Pod skałą jest bezpieczniej. Kamienie spadające z drugiego pola lodo­wego wyskakują w powietrze i lądują kilka metrów poniżej uskoku. Ale to dopiero początek, trzeba oszczędzać siły, utrzymać równomierne tempo.

Przez pas skały rozdzielający pola lodowe w malowni­czych splotach spływa lodospad nazwany obrazowo "lodowym wężem". Jego dolną część omijamy eksponowaną i kruchą 15-metrową ścianką. Potem 50 metrów pionowego lodu. I tu także nie rą­biemy stopni. W miękkim lodzie - jesteśmy bowiem w kominie, gdzie pod warstwą lodu szemrze woda - przy silnym kopnięciu zęby raków zagłębiają się dostatecznie. Usiłuję nie patrzeć w dół. Metalowe ostrza przednich zębów wbite na centymetr w lód w zestawieniu z prawie kilo­metrową pustką nie budzą zaufania.

O godzinie drugiej osiągamy II pole lodowe. Po kominie pole, którego nachylenie przekracza 55°, wydaje się połogie. Pole ma 200 m wysokości. Śnieg pokrywający jego dolną część jest upstrzony odłamkami skał. Popołudnie. Na wierzchołku słońce wytapia coraz to nowe kamienie. Zdążyliśmy już oswoić się z ciągłą kanonadą. Ostre i przenikliwe świsty małych, lecących z wysoka kamyków, głuchy warkot przecina­jącego powietrze głazu, łoskot urywających się sopli lodu - to denerwująca muzyka ściany. Czasami okrzyk bólu trafio­nego towarzysza przerywa ją dysonansem.

Wyżej pojawił się „verglas”. Napięcie psychiczne wzrasta. Staje się wprost nie do wytrzymania. Wyrąbywanie stopni, spokojne przenoszenie ciężaru ciała, nieodzowne na szklistej tafli lodu pod gradem kamiennych i lodowych po­cisków, zdaje się przerastać nasze możliwości. Nieomal zazdroszczę żołnierzowi, który w najstraszniejszej nawale ogniowej ma chociaż minimalną możność przeciwdziałania, a przynajmniej zmniejszenia niebezpieczeństwa. Może posuwać się skokami, wykorzystać nierówności terenu, może wreszcie wkopać się w ziemię jak kret. My możemy tylko skulić ramiona... Z ulgą witam skałę. Teraz czeka nas kilkusetmetrowy trawers wzdłuż górnego brzegu pola. Posuwamy się tuż przy zamykającej go ścianie. Tu nie grożą lawiny.

Niestety nie udaje się nam przed zmierzchem osiągnąć "biwaku śmierci". Pas skał ponad drugim polem okazał się nadspodziewanie trudny. Przewieszony ciasny kominek pokryty lodem i ociekający wodą, przeciąganie plecaków, ubezpiecza­nie Szwajcarów, wszystko to zabiera sporo czasu. Ciemności zaskakują nas trzy wyciągi liny od planowanego celu. Biwakujemy na niewygodnej półce na skałach "żelazka". Jesteśmy przemoczeni wieczornymi zmaganiami w kominku. Noc jest ciężka.

- Kurt, Sepp - idziemy. Zaczekamy na was na "biwaku śmierci"krzyczymy do biwakujących 30 m za nami Szwajcarów. Jest późno. Godzina ósma. Gruter i Inwyler ruszają się niemrawo. Pierwsze kroki stawiamy jak rekonwalescenci po ciężkiej chorobie. Niewygodny biwak, zimno, usztywniają mięśnie. Rozgrzewamy się zwolna.

Obok miejsca, które było świadkiem tragedii Mehringera i Sedlmayera zatrzymujemy się i oglądamy się za Szwajcarami. Ci nie opuścili jeszcze miejsca swego biwaku. Zaczynamy ich popędzać. Teraz jest najlepsza pora na przekroczenie trze­ciego, najbardziej stromego, pola lodowego. Odpowiedź dobiegająca nas z oddali, od Grutera i In-wylera dzieli nas już ponad 100 m, ściska gardło skurczem bezsilnej wściekłości.

- Po biwaku Kurt czuje się źle. Chyba wrócimy - krzyczy Inwyler.

Szwajcarzy mają prawie cały nasz sprzęt. Któż mógł przypuszczać wczoraj, że jeden z naszych partnerów zasłab­nie po biwaku. Z przerażeniem stwierdzamy, że mamy z sobą tylko 3 haki. Zasłabnięcie rzecz ludzka, rozumiemy to. Ale dlaczego mówią dopiero teraz o tym? Teraz gdy dzieli nas już spory kawałek drogi.

- Przynieście nam haki i karabinki - odkrzykujemy.

- Poślemy ścigającą nas dwójką - odpowiada Szwajcar.

Na początku drugiego pola lodowego spostrzegamy jakiś zespół. Obaj alpiniści poruszają się sprawnie i szybko. Nawet z tej odległości ocenić można ich klasę.

- O godzinie dziewiątej na drugim polu. Chyba nocowali poza trawersem Hinterstoissera - zastanawia się Mostowski. Mimo dobrego tempa zespół będzie przy nas nie wcześniej niż za 3 - 4 godziny. Co robić? Wracać po sprzęt, czekać, czy iść dalej?

            Przez trzecie pole przelatują już pojedyncze kamienie. Za kilka godzin będzie tu jeszcze gorzej niż wczoraj na drugim. To decyduje. Z jednym hakiem lodowym i dwoma skal­nymi ruszamy dalej. Szklana tafla trzeciego pola to jeden płat lodu. Stromizna 60°. Na krótkim odcinku może to niewiele. Ale pole ma kilkaset metrów, zaś pod nim, kilometr niżej, zielone łąki Alpiglen...

Ku wylotowi "rampy" wiedzie skośnie sznur śladów. To pozostałość po szaleńczym ataku Adi Mayra. Kilka dni temu młody Austriak wszedł samotnie w ścianę. Tutaj doszedł dru­giego dnia. Musiał być już wyczerpany psychicznie. Wybijał stopnie jak dla słonia. Znojną pracą okupywał iluzoryczną ucieczkę przed ekspozycją. Tysiącmetrowy lot zakończył tę walkę. Świadomość, że idziemy śladem człowieka, który niedaw­no jeszcze z uporem i nadzieją atakował czekanem lód, a którego roztrzaskane zwłoki znaleziono pod ścianą na dzień przed naszym wejściem w Eiger, nie poprawia samopoczucia.

Wszedłem w pole pierwszy. Na mnie wypadła kolej. Kilka metrów od przeciwległej ściany zabrakło mi liny i przypięty do haka ściągałem Mostowskiego. Gdy stałem tak na otwartym stoku, a obok jak pociski szybowały kamienie, przed oczyma stanął mi Longhi przez dziewięć dni daremnie czekający na pomoc, Korber i Vass spadający z drugiego pola, deska śnieżna, z którą Wyss i Gonda wylecieli 50 m od wierzchołka... Natrętne obrazy odpychane powracały uparcie. Makabryczny film o ostatnich chwilach 18 ofiar nie chciał zatrzymać się. Dopiero wtedy zrozumiałem, iż trudności tej ściany to nie tylko trudności techniczne, niepogoda, lawiny. Bronią jej ci, którzy pozostali tutaj. W sukurs idą jej literaci, dziennikarze, alpiniści. Świadomość, że właśnie tu zdarzył się taki a taki wypadek nie sprzyja koncentracji, nieodzownej często dla przejścia trudnego odcinka.

W "rampie" pod zalodzonym kominem musimy czekać na haki. Nie śmiemy zaatakować bardzo trudnego komina z dwoma metalo­wymi klinami. Po dwu godzinach dochodzi do nas zespół Gruter i Inwyler. Rozmyślili się. Nie mamy siły gniewać się na opóźnienie widząc uradowaną twarz Kurta, któremu, udało się przełamać chwilową niedyspozycję. Tego dnia dochodzimy do końcarampy”. Pokonanie komina i ścianki wyprowadzającej na lodowe pole „rampy” zabiera kilka godzin. Gdy męczyłem się oczyszczając z lodu nielicz­ne stopnie w kominie do stóp jego doszła dwójka Strickler i Schlommer. Alois Strickler, spotkany przez nas wczoraj w odwrocie, nie poddał się. W Kleine Scheidegg znajduje nowego partnera, Jest nim Leo Schlommer, przewodnik górski spod Salzburga. Eiger ma być ich pierwszą wspólną drogą. W środku nocy wchodzą w ścianę. Przypadkowo dobrany partner okazuje się wyśmienity. Strickler zna sporą część ściany z poprzedniej próby, wyżej prowadzą ich świeże ślady. Obaj alpiniści mają dobrą kon­dycję. Po południu łączą się z nami.

Dalej prowadzimy na zmianę z Mostowskim. Teraz po naszej linie pnie się w górę czwórka. Tempo maleje. Na stanowiskach robią się "korki". Po raz pierwszy jest czas na rozmowy. Schlommer, który przyjechał tu z Chamonix informuje nas, że dwaj Polacy z ENSA zaraz po nim przeszli Filar Bonattiego na zachodniej ścianie Dru. Dowiedzieć się o sukcesie kolegów w Eigerze...

Na chwilę zapominamy o ścianie. Cieszy nas piękny rezultat Stryczyńskiego i Warteresiewicza. Ale ściana przypomina o sobie. Właśnie Mostowski znik­nął nad ścianką osiągając pole lodu, gdy powietrze przeszył świst lecących kamieni. Był silniejszy niż zwykle. Rozpaczliwie przytuliliśmy się do skały. Zaraz po tym posypało się. Uderzenie kamieni o skałę przeplatały jęki. Lawinka szła długo, wypełniła cały komin zapachem siarki. Kamienny deszcz nie oszczędzał nikogo. Cały chciałbym schować się pod hełm, ale nawet ten nie zabezpieczyłby przed głazami, lecącymi wśród szutru. Gdy wreszcie skończyło się, szukaliśmy się spojrzeniami. Nieprawdopodobne - skończyło się tylko na sińcach.

Układamy się do snu na lewym kraju pola lodowego "ram­py", pod niewielkim uskoczkiem skalnym. W nocy załamuje się pogoda. Po płachtach biwakowych bębnią ziarnka gradu. W świetle wstającego dnia stwierdzamy, że napadało go kilka centymetrów. Z zaciągniętego nieba sypie dalej... A więc doczekaliśmy się typowej dla Eigeru pogody... Od szczytu dzieli nas jeszcze około 500 metrów i duże trudności. Ale jedyna droga ocalenia wiedzie przez wierz­chołek. Myśl o "rysach wyjściowych" napawa lękiem.

To właśnie "rysy wyjściowe" atakował Buhl ośmiokrotnie. Spadał i ponownie piął się ku. zbawczemu szczytowi. Dopiero za dziewiątym razem udało się. I tym razem pamięć płata niedźwiedzią przysługę. W złych warunkach Buhl przeszedł. Czy mamy jednak pra­wo porównywać się z tym najlepszym alpinistą naszych czasów. Buhl’owi towarzyszyły takie gwiazdy jak Rebuffat, Magnone, Leroux, a tylko Buhl podejmował walkę... Było to w 1952 roku.

O świcie wiążemy się w szóstkę i ruszamy dalej. Po dwu dniach otrzymujemy zmianę. Prowadzenie przejmują Strickler i Schlommer. Idziemy zaraz za nimi. Trawers pola lodo­wego, kruche dojścia do rysy wyprowadzającej na "trawers bogów" pokazują, że nasz "tramwaj" działa sprawnie. Niepokój nie demobilizuje. Każdy rozumie, że czas ma teraz wagę życia. Każdy daje z siebie wszystko. Lina łączy nas razem - to bezpieczniejsze, ale poruszamy się jak w niezależ­nych zespołach. Gdy drugi ubezpiecza pierwszego, trzeci idzie asekurowany przez czwartego. W tym samym czasie poru­sza się i zespół trzeci. Aż serce rośnie na widok Schlommera wspinającego się przez uskok ku "trawersowi bogów". Idzie zdecydowanie, pewnie i szybko - a przecież odcinek ten, dobrze - nadzwyczaj trudny, to jeden z kluczowych odcinków ściany. Z kruchej rysy spada kamień i strąca raki Stricklera. Alois asekurując położył je na półeczce obok siebie. Co "będzie na lodowych stokach "pająka"? Na "trawersie bogów" znów rozpoczyna się bombardowanie Kruchy to za słabe określenie dla tej sterty poukładanych na sobie płytek łupku. Haki asekuracyjne są raczej symbo­liczne. Na szczęście jest tylko trudno. Na ostatnich metrach trawersu skala trudności rośnie.

Pogoda poprawia się. Przestaje padać. Potem znikają i chmury. Nie wychodzi nam to na dobre. Rozpogodzenie wykorzystują samoloty. Sensacja, jaką jest każde przejście Eigeru, to dla pilotów gratka. Łatają fotoreporterzy, dziennikarze i po prostu żądni emocji turyś­ci, Każdy lot kosztuje. Na nas uwzięły się trzy "peipery", zataczają rundy. Piloci rywalizują z sobą, starają się podlecieć jak najbli­żej ściany i nas - szukających schronienia pod skałą. Od czasu do czasu w krąg wciska się nowa maszyna. Samoloty doprowadzają nas do pasji. Nawet nie dlatego, że warkot silników denerwuje czy też wyzwala nowe kamienie. Leci ich i tak tyle, że jeden czy dwa więcej są niezauważal­ne. Albo, że oglądają nas jak zwierzęta w cyrku. Zdajemy sobie sprawę z tego, że każdy nasz ruch obserwują przez lu­nety i lornetki tysiące turystów. Nawet z tej wysokości widać niezwykły ruch w Kleine Scheidegg. To samo jest w Grindelwaldzie i wszędzie tam, skąd widać ścianę. Ryk silników utrudnia porozumienie z partnerem. Roz­ciągnięci na 40 metrów mamy i tak trudny kontakt z to­warzyszem. Pomylenie komendy "ściągaj", "popuść", może dać tragiczne rezultaty. Musimy długie chwile wyczekiwać na moment, gdy warkot cichnie, oddala się.

Raz tylko podziwialiśmy klasę pilota, który podprowa­dził samolot na 50 metrów od ściany, wyłączył silnik i lo­tem ślizgowym przeleciał obok nas. Mijając zdążył krzyknąć:

- Brawo! Spieszcie się! Pogoda się psuje! Ostrzeżenie płynące z powietrza było zresztą zbyteczne. Od dawna włączyliśmy "trzeci bieg".

"Pająk". 150-metrowy stromy kocioł pokryty twardym lodem. I tu bez przerwy sypią się kamienie. Znów zaczyna się gorączkowa walka z lodowym stokiem i niebezpieczna zabawa w wymijanie lecących kamieni. Tym razem los jest mniej łaskawy. Dostaję kamieniem w udo, potem w stopę. Na szczęście twardy but uratował stopę przed zmiażdżeniem. Mimo to dłuższą chwilę nie mogę iść. Oberwał także Gruter. Gdy o 12-ej osiągamy skały powyżej pająka” oddychamy z ulgą. Schlommer atakuje pierwszy wyciąg rys - słynnych "rys wyjściowych". Początkowo tworzy je szeroki, stromy komin z pionowymi ściankami. Skałę pokrywa tu lód. W cienką war­stwę nie wchodzą haki. Wygrzebywane stopnie i chwyty często urywają się pod ciężarem wspinacza. Nad nami operuje już słońce. Po pionowym, miejscami przewieszonym lodzie spływa woda.Wyżej spore trudności skalne, przewieszki, gładkie ścianki. Chwilami wydaje się, że jestem na trudnej drodze w skałkach, a nie na Eigerze, gdzie wszystkie te trudności trzeba pokonywać w trzecim dniu. „Rysy wyjściowe” mają około 200 metrów. Więcej niż Zamarła Turnia w Tatrach, Powyżej biwaku Cortiego” trud­ności maleją. Dziesięciometrowy trawers linowy doprowadza do komina liczącego około 150 metrów. Kruchym wąskim kominem spływa woda. Jest już późne popołudnie. Słońce stopiło lód. Tu. właśnie przeżywamy najgorsze chwile. Sześć osób rozciągniętych pod sobą w pionowym kominie o ściankach ze zmurszałego łupku - wyzwala grad. Kamieni. Nie pomaga napięta uwaga. Jak nie człowiek to lina strąca ostre tafle skały. Kamienie bębnią po hełmach, rażą towarzyszy, przecinają skafandry. W wąskim kominie obijają się o ścianki, raz po raz zmieniając kierunek. Nie ma przed nimi ucieczki i za­słony. Pionowo lecące kamienie, z którymi spotykaliśmy się do tej pory - wydają się zabawką. Z dołu płyną prośby, zaklinania, przekleństwa. Przeka­zuję je z własnym dodatkiem wyżej. Jestem trzeci od końca.

Gdy teren położył się nieco, odwiązują się Striekler i Schlommer. Tak będzie lepiej. Przynajmniej lina nie bę­dzie wyzwalać szutru. My z Mostowskin nie możemy pójść ich śladem. Inwyler ma rozciętą dłoń. Musimy asekurować Szwajcarów. Kruszyzna towarzyszy nam aż po "pole podszczytowe". Już niedaleko śniegu Inwyler dostaje głazem w kolano. Zwisa na linie, długo wije się z bólu. Trzymam go sztywno. Gdy wreszcie kulejąc rusza dalej, już bez przygód, osiągamy wierzchołek. Jesteśmy na szczycie wpół do siódmej wieczór.

Silne uściski dłoni są dla nas symbolem zwycięstwa. Wiem, że nikt z całej naszej szóstki, stojącej teraz na szczycie, nie zapomni nigdy chwil spędzonych w ścianie.

Harrer, jeden z pierwszych zdobywców Eigeru, pisze:

„...Przejście Eigeru to nie tylko dowód, sprawności technicznej, to próba charakterów. Wymaga najwyższej rozwagi, męstwa i opanowania. Wiara w siebie jest najwyższym dobrem, ale nie przychodzi darmo. Tak w życiu jak i na tej ścianie, niecierpliwość i nieopanowana śmiałość prowadzą do zguby...”

Uśmiechnięci i szczęśliwi wystawiamy twarze na chłodny powiew wiatru, W ścianie Eigeru zdobyliśmy nie tylko wiarę w, siebie, ale i przyjaciół. A za to warto zapłacić każdą cenę. Gdy ociągając się, popędzani zmrokiem, schodziliśmy z wierzchołka, Gruter szturchnął mnie i uśmiechając się łobuzersko krzyknął:

-Ściągaj!

Było to jedyne słowo, którego nauczył się po polsku.

 

 

Było to pierwsze przejście północnej ściany Eigeru dokonane przez Polaków. Kilka dni wcześniej ta sama dwójka dokonała przejścia północnej ściany Materhornu. Dwa lata wcześniej Stanisław Biel pokonał północną ścianę Grandes Jorasses – były to trzy największe ściany alpejskie

- Strickler - przedstawia się starszy z zespołu - biwakowaliśmy w "jaskółczym gnieździe". Noc była  

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA