Strona główna / nr 2 (4) - WIOSNA 2005 / SYBERIA POLSKĄ PISANA
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
SYBERIA POLSKĄ PISANA – WIERSZYNA

 

Kaukaz Elbrus, Uszba zdjęcia galeria

Krzysztof Wielicki Dhaulagiri zdjęcia galeria

Mongolia góry, stepy zdjęcia galeria

Góry Pamir wschód słońca zdjęcia galeria

Nepal, Himalaje zdjęcia, galeria

SYBERIA POLSKĄ PISANA – WIERSZYNA

Jerzy Bogusław Nowak

 

SYBERIA - MIEJSCE

  • polskiej kaźni i martyrologii,
  • kibitek pełnych zesłańców,
  • niemego krzyku Kołymy i Magadanu,
  • poplątanych polskich losów
  • SYBERIA – TO TEŻ
  • rzek ku oceanom wędrówka nieskończona,
  •  gór ogromnych labirynt nieznany,
  • jezior szmaragdowych tajemna głębia,
  • tajgi pieśń odwieczna,
  • ludzi wspaniałych obfitość.

 

23.jpg (8.67 Kb)Nasz pojazd rytmicznie podskakuje na nierównościach drogi. Już dawno pożegnaliśmy asfalt. Dziury i kurz nikogo już nie dziwią. Mijamy kolejne syberyjskie wioski ogarnięte popołudniową drzemką; zdają się nas nie zauważać. Błogi stan letargu i nam się udziela. Nie na długo. Okrzyk - to tutaj - stawia nas na nogi. Przed nami tablica z napisem - Wierszyna. A jednak. Wzrok sięga po horyzont. Wokół wysokie wzgórza porośnięte tajgą. A w środku kilka tysięcy kilometrów od kraju, polska wieś – Wierszyna. Pełna polskiej gwary, malw, żonkili, zagonów dorodnej kapusty, ziemniaków, marchwi, pietruszki, szczypiorku i „zachłannie” pnącego się ku słońcu grochu. Łąki niczym panny na wydaniu, w kaczeńce przystrojone, wsłuchane w muzykę płynącej przez nie Idy. Wolno pasące się konie. Krowy zajęte skubaniem trawy. Beztrosko bawiąca się gromada umorusanych dzieciaków. Po chwili pilotowani przez naszą przewodniczkę Sabinę, na co dzień mieszkającą w Irkutsku, zatrzymujemy się przed domem jej mamy Franciszki Janaszek - seniorki rodu. Piękną polszczyzną, zdobną w gwarowe perełki archaizmów wita nas serdecznie i zaprasza do domu. W oczekiwaniu na poczęstunek spacerujemy ogrodowymi ścieżkami wśród grządek i rabatów. Zapach maciejki z koprem pomieszany, niczym orientalne kadzidło odurza nas polskością. Pierogi ruskie, ziemniaki z cebulą masłem okraszone, śmietana nożem krojona, domowy chleb oraz konfitury wraz z herbatą rodem z tajgi; a także inne specjały dopełniają miary zachwytu. Toż to Polska, jakiej już nie znamy.

Syci wrażeń i wszelakich smakołyków, udajemy się na położony pod lasem cmentarz; pełen polskich nazwisk. A wśród nich nazwiska tych, którzy przybyli tu pierwsi w 1910 r. w poszukiwaniu chleba. Zamyślony wracam wolno przez wioskę. Chaty zdobne w biel, zieleń i błękit mamią niecodziennymi kształtami okiennic. Wraz z ciekawskimi malwami za pięknych płotów przyglądają się drodze. Głośno defilujące stado gęsi obudziło śpiącą na ławeczce przed domem staruszkę. Przejechała dwukółka ciągniona przez karego konia. Wraz z opadającym kurzem wrócił spokój. W misternie utkanej pajęczej ikebanie przeglądało się słońce. Czuć było puls nagrzanego powietrza. Spokój udzielił się także dostojnym sylwetkom podwórkowych żurawi. Zastygłszy w bezruchu nad studniami zdawały się niczego nie zauważać.

22.jpg (13.92 Kb)Idę wolno rozkoszując się wszechobecnym pięknem. Nigdzie mi nie spieszno. Do ogniska, na które zaprosiliśmy mieszkańców wioski jeszcze dużo czasu. Z głębokiej zadumy wyrywa mnie głos zsiadającej z roweru kobiety. Co u was słychać? Niemal literacką polszczyzną, jakby nie tylko na Syberii wyuczoną zagaduje ona napotkaną koleżankę. Przyglądam się z zaciekawieniem obydwu paniom. Po chwili namysłu powiadam. Dzień dobry. Nazywam się Jerzy Bogusław Nowak. Jestem podróżnikiem i pilotem polskiej grupy z Krakowskich Kresów. Myślę, że jest Pani znaną mi z opowiadań Ludmiłą Wieżentas z domu Figurą, nauczycielką języka polskiego w Wierszynie. Wiem także, że skończyła Pani niedawno studia polonistyczne w Polsce na Uniwersytecie Gdańskim. Na Syberii nieustannie spotykam wielu wspaniałych ludzi. Jednak o rozmowie z Panią marzyłem od dawna. Jeśli są na świecie siłaczki, to Pani pewnie jest jedną z nich. Czy jestem siłaczką, tego nie wiem; ale reszta się zgadza. Tak, to ja. Moi pradziadkowie Jan i Cecylia Figurowie przyjechali tutaj w 1910 r. z podkrakowskiej wsi Czubrowice. Mój dziadek miał wówczas 1 rok. Osiedlili się tu wraz z innymi Polakami, którzy przyjechali tu z Zagłębia Dąbrowskiego. Początki nie były łatwe. Pierwszą zimę spędzili w ziemiankach. Karczowali tajgę, budowali domy. Walczyli z mrozem i komarami. Wkrótce wybudowali kościół i szkołę, w której początkowo nauczano języka polskiego. Wszystko zmieniło się po r. Rewolucji Październikowej, której skutki dotarły tu nieco później. Zlikwidowano prywatne gospodarstwa, młyny wodne i tartaki. Zapędzono wszystkich do kołchozów. Wiele rodzin wróciło wówczas do Polski. Kto nie miał pieniędzy na podróż lub nie miał do czego wracać pozostał na Syberii. Następne nieszczęście czekało mieszkańców Wierszyny w 1937 r. NKWD aresztowało 29 mężczyzn i 1 kobietę, w tym mojego dziadka Jana Figurę. Żaden z aresztowanych nigdy już nie wrócił do domu. Oskarżono ich o udział w spisku przeciwko władzy komunistycznej.

Lata II wojny były także ciężkim doświadczeniem dla wierszynian. Niektórzy z nich zginęli. Potem było różnie.

Dopiero „pierestrojka” przyniosła korzystne zmiany. Ale czy ja pana nie zatrzymuję. Skądże. Mogę Panią słuchać bez końca. Choć nie ukrywam, że mam obowiązki wobec grupy. A ponadto jestem odpowiedzialny za przygotowanie ogniska, na które Panią w imieniu grupy serdecznie zapraszam. Będzie okazja dokończyć naszą rozmowę. Dziękuję. Na pewno przyjdę. Czas oczekiwania na spotkanie z Ludmiłą i mieszkańcami Wierszyny upłynął na przygotowaniu ogniska. Wielce pomocny jak zawsze był Kuba, a Wanda ozdobiła głowy uczestników ogniska pięknymi opaskami. Ona to w imieniu Zespołu Szkół Ekonomicznych Nr 1 w Krakowie przekazała na ręce Ludmiły jako prezesa Polskiego Stowarzyszenia Kulturalnego „Wisła” w Wierszynie kwotę 100 $ dla dzieci polskich. A gdy języki ognia zaczęły strzelać prosto ku niebu, zaczęły się opowieści i wspomnienia. Prym wiedli najstarsi. Opowiadali o początkach, czasach dobrych i złych. Ludmiła skupiła się na przyszłości. Mówiła, że przydałyby się stroje dla dziecięcego zespołu ludowego, który prowadzi i Dom Polski; w którym można by przyjmować gości. Na niebie trwał gwiezdny festiwal. Noc była piękna i jasna. W płomieniach ogniska widać było uśmiechnięte twarze. Temperaturę nocnych rozmów wspomagała nie tylko herbata. Na nocleg do gościnnych polskich domów udaliśmy się według rozpiski Pani Franciszki Janaszkowej. Nazajutrz z niemałym trudem udaje się nam rozstać z gościnnymi gospodarzami. Uściskom i pożegnaniom nie ma końca. Na odjezdnym zwiedzamy wierszyński kościółek. Ludmiła opowiada nam o historii kościoła i wioski. Żegnając się obiecuje Ludmile napisać o Wierszynie. W tym miejscu nachodzi mnie refleksja, że powinienem także napisać o wielu równie wspaniałych Polakach na Syberii. Jak choćby o ojcu Ignacym Pawlusie, Luizie Skrockiej, Nataszy Rozumnej, Marii Iwanownej, Franciszce Janaszkowej i jej córce Sabinie Biron z rodzinami. Ale o nich może innym razem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA