Strona główna / nr 2 (4) - WIOSNA 2005 / CZERWONE WIERCHY
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
TATRY - Wypadki turystyczne - Czerwone Wierchy cz. 2

[ GALERIA ZDJĘĆ CZERWONE WIERCHY ] [ Tatry zima Czerwone Wierchy ]


Akcja ratunkowa TOPR zdjęcia galeria

Tatry akcja ratownicza TOPR galeria zdjęcia

Tatry Czerwone Wierchy zdjęcia galeria

Tatry zimą Czerwone Wierchy zdjęcia galeria

Dolina Chochołowska otoczeniezdjęcia galeria
         
Tragedie Tatrzańskie - Tatry wypadki Czerwone Wierchy cz. II
Michał Jagiełło

Opowiadał mi kiedyś Andrzej Mateja – świetny narciarz, biegacz, olimpijczyk, a później zawodowy ratownik – o swej przygodzie. Wybrał się jesienią wysoko na czerwone Wierchy, aby na zmrożonej trawie „psiarce” potrenować na biegówkach. Ubrany był w dres treningowy, na nogach miał narciarskie buty biegowe, w jednej ręce narty w drugiej kijki. Rejon znał dosłownie na wylot, w młodości pasał tu bowiem owce. W najmniej spodziewanym momencie, jak to zwykle bywa, pośliznął się i zaczął zsuwać po niezbyt stromym stoku. Ponieważ wiedział, czym to grozi, natychmiast zaczął hamowanie, wsadzając narty i kijki pod pachę. Był już najwyższy czas, bo stok stromiał, pojawiły się pojedyncze skałki, szybkość niebezpiecznie wzrastała. Co sił dociskał więc swój „hamulec” i wreszcie zatrzymał się. Narty poszły w drzazgi! Ale to właśnie narty i przytomność umysłu uratowały go.

Szczególnie groźne mogą być Czerwone Wierchy zimą, kiedy do niebezpieczeństw znanych latem dojdzie jeszcze mróz.

Pod koniec grudnia 1974 r. młodzi grotołazi z Krakowa postanowili przeprowadzić wyprawę speleologiczną do Jaskini Wielkiej Litworowej, aby pozostawić tam sprzęt niezbędny do pokonania jaskini. Nazajutrz, już bez obciążenia, grotołazi wyszli w góry, ale silny wiatr i zamieć śnieżna zmusiły ich do wycofania się z trasy.

2.jpg (7.70 Kb)Próbę ponowili następnego dnia. O godz. 10.00 bazę w Kirach opuściło osiem osób, w tym jedna dziewczyna Magda Elżbieta K., studentka psychologii UJ. Padał drobny śnieg, temperatura w Kirach wahała się około zera. O godz. 14.00 znaleźli się przy otworze jaskini. I tym razem kierownik grupy nie zdecydował się na wejście pod ziemię. Zabrali sprzęt i rozpoczęli odwrót doskonale przecież znaną trasą. Pogoda zmieniła się raptownie, zerwał się silny wiatr, spadła temperatura, widoczność była coraz gorsza. Związali się liną. W tym miejscu posłużę się relacją kierownika grupy, zanotowaną przez Henryka Cyganika w jwgo artykule „Bezsilni wobec śmierci” („Gazeta Krakowska”, 1075): Wiemy jedno – musimy odnaleźć słupki wytyczające drogę od Kobylarza na Małołączniak, słupki – czyli zwyczajne tyczki ustawione w odległości 50 metrów. Posuwamy się powoli. Nawet trudno powiedzieć, czy pogoda się pogarsza. Szaleje dujawica nad gołym grzbietem. Orientujemy się nagle, że przeszliśmy na drugą stronę grani do Nad Kotlin. A więc nie trafiliśmy na słupki. Pierwszy moment krytyczny. Wracamy tyralierą i tym systemem wahadłowym udaje się nam odnaleźć pierwszy słupek. Zostaje przy nim Wojtek. My zataczamy łuk o długości liny, 80 metrów. Jest drugi. Zmierzcha. Słupek bodaj już piąty. Ukształtowanie terenu przypomina jakby wyjście ze żlebu. Twarda pokrywa firnowa, więc to chyba już. Wojtek dowiązuje jeszcze 80 metrów liny i zostaje przy tym piątym. My w siódemkę schodzimy w dół. Stromo. 150 metrów za nami. Słupków już nie ma, a więc prawdopodobnie jesteśmy w żlebie. Ciemno. Wyciągamy czołówki, ściągamy Wojtka. Coraz bardziej stromo. Nagle pośliznął się Irek, pociągając za sobą Magdę. Cały czas jesteśmy asekurowani, więc wyhamowujemy lot tamtej dwójki, wyciągamy ich z powrotem na górę. Wojtek zmienia baterie w lampie. Asekurowany schodzę sam. I tu przerażające odkrycie – to nie jest żleb, ale pionowe, przewieszone ściany Kotła Litworowego. Od żlebu dzielą nas pionowe urwiska. Wojtek podejmuje decyzję: wracamy do ostatniego słupka. Pniemy się w górę. Jesteśmy cholernie zmęczeni, wiatr nie ustaje. Tak, to już walka o życie. Odnajdujemy jeszcze jeden słupek. I chociaż idziemy od siebie w odległości 10 metrów, sąsiedzi nie słyszą mojego wołania, wiatr szaleje. Otępienie, zmęczenie, co dalej?

3.jpg (7.68 Kb)Postanowili nie szukać następnych tyczek kierunkowych. Przez dwie i pół godziny wygrzebywali w śniegu jamę, aby schować się w niej. Była już godz. 22.00. Kąśliwy mróz. Worki transportowe zamarznięte na kość, trzeba je było rąbać czeka­nami, by wydostać ciepłe odzienie i jedzenie: konserwy mięsne i rybne, kiełbasa, ciasto. Nie potrafili rozpalić maszynki ben­zynowej. Nie mieli również śpiworów ani kurtek puchowych. Być może to właśnie tak bardzo się na nich zemściło. Nad ranem Magda załamała się. Co kilka minut pytała o godzinę, skarżyła się na zimno, majaczyła. Opiekowali się nią, jak mogli, ale mogli niewiele. Sami nie bardzo umieli walczyć z chłodem i głodem. Okrywali koleżankę najcieplejszymi ciuchami, ma­sowali jej nogi, podtrzymywali na duchu. Tak dotrwali do 6.00 rano, a na tę godzinę wyznaczyli czas alarmowy. Pocieszali się więc, że w tej chwili koledzy z bazy już podchodzą w ich stronę.

Z dziewczyną było coraz gorzej. Krzyczała, że nie chce umierać. Kubek gorącej herbaty, ciepły śpiwór, łatwo przy­swajalne cukry mogły jeszcze odwrócić najgorsze. Koledzy posadzili Magdę na plecakach, nacierali, rozgrzewali. Jej ska­fander tak zesztywniał, że nie potrafili go rozciąć!

Około godz. 7.00 dwóch grotołazów zdecydowało się zejść po pomoc. Rozwidniało się, gdy byli zaledwie 150 m od żlebu. Tam rozdzielili się. Pierwszy dotarł do schroniska na Przysłopie Miętusim o godz. 9.00. Skrajnie wyczerpany przekazał ratow­nikowi Adamowi Maraskowi informację o tym, co się dzieje w górze.

W międzyczasie rozbiera mnie troje ludzi, podają coś gorą­cego do picia. Po 10 minutach ratownicy wychodzą w góry. Po ich wyjściu w 15 minut później dociera nasza grupa alarmo­wa — opowiada dziennikarzowi.

Ekipa ratownicza pod Kobylarzem napotkała leżącego w śniegu nieprzytomnego drugiego grotołaza, którego po udzieleniu pierwszej pomocy przekazano grupie przybyłej z Kir. Ratownicy poszli dalej do wylotu żlebu, znajdując kolej­nych dwóch grotołazów, od których dowiedzieli się, że dziew­czyna zmarła. W samo południe ratownicy dotarli do jamy. Była słoneczna pogoda. W śnieżnej jamie martwa, skostniała dziewczyna.

Jak do tego doszło? Możemy — przynajmniej częściowo — odtworzyć ostatnie godziny. Po wyjściu z jamy pierwszej dwój­ki pozostali próbowali jeszcze ratować koleżankę stosując — na ile ich było stać — masaż serca. O 10.00, nie mogąc doczekać się pomocy, z biwaku wyruszyła kolejna dwójka; poszli aż na Halę Kondratową, gdzie dotarli w południe. W schronisku ich ubra­nia cięto nożami! Ratownicy zwieźli ich toboganami do Kuźnic.

A tymczasem jamę opuścił następny grotołaz. Za chwilę usłyszał wołanie, że Magda zmarła. Z jamy wyszli dwaj ostatni grotołazi i skierowali się ku żlebowi sprowadzającemu ich do ludzi.

O godz. 15.10 wystartował z Krakowa śmigłowiec, po wylą­dowaniu w Zakopanem i zabraniu jednego ratownika poleciał na Czerwone Wierchy, a następnie siadł na Przysłopie Miętusim. Lekarz udzielił pomocy sprowadzonym grotołazom, jed­nego z nich w ciężkim szoku odwieziono śmigłowcem do za­kopiańskiego szpitala.

Transport ciała przeprowadzono 3 stycznia 1975 r.

4.jpg (8.32 Kb)

Cóż dodać? To, co miało być przyjemną wycieczką, przero­dziło się w koszmar. Młodzi ludzie bez należytego doświad­czenia popełnili błędy, które okrutnie się na nich zemściły. Nie obyci z zimowymi biwakami, znający góry z łagodnej strony, zostali zaskoczeni przez niepogodę i noc, a to radykalnie zmieniło wszystko: nie tylko teren, człowieka również. W takiej sytuacji, lapidarnie mówiąc, teren staje się coraz trudniejszy, a człowiek coraz słabszy. Być może gdyby konsekwentnie scho­dzili metodą od tyczki do tyczki, byliby uratowani — im niżej, tym zaciszniej i cieplej. Gdyby potrafili zagotować sobie wodę i mieli glukozę... Gdyby ułożyli dziewczynę w śpiworze i dodat­kowo okryli puchową kurtką... Gdyby mieli apteczkę i podali jej środki nasercowe... Za dużo tych „gdyby”.

Wypadek ten był szeroko dyskutowany. Jak zawsze w ta­kich sytuacjach byli i tacy, którzy domagali się wprowadzenia dodatkowych rygorów dla taterników i grotołazów, zaostrzenia kryteriów przy doborze uczestników wspinaczek i wypraw jaskiniowych, a także pociągania do odpowiedzialności karnej tych, którzy przeżyli. W tym konkretnym przypadku wytykano niewielkie doświadczenia uczestników, nieodpowiedni ubiór, słabą znajomość terenu, brak odporności psychicznej... Mówio­no też o zaniedbaniu grupy, która wyruszyła z bazy w Kirach ze zbyt dużym opóźnieniem w stosunku do czasu alarmowego. Ratownicy podkreślali, że tylko doskonała widoczność 31 grud­nia sprawiła, że opuszczający kolejno biwakową jamę grotołazi nie ponieśli śmierci. Gdyby schodzili we mgle i zamieci, ofiar byłoby zapewne więcej!

Fot: Bartosz Czapski

 

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA