Strona główna / GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE / Sudety Staszkiewicz
    
NUMERY ARCHIWALNE
KONTAKT
GALERIA - ZDJĘCIA
WADOWICE
TATRY
GÓRY ŚWIĘTOKRZYSKIE
BESKIDY - JAN PAWEŁ II
BABIA GÓRA
GÓRY WYSOKIE
ROŚLINY I ZWIERZĘTA
LINKI
PROPOZYCJE WYCIECZEK
Noclegi Hotele
Wydawnictwa turystyczne
Samorząd Przewodników
polski
Opis wyprawy w Karkonosze – Sudety

Moda na York’i!  Ewa Staszkiewicz

Opis wyprawy w Karkonosze – Sudety                       

 

Wyprawa w Góry Olbrzymie rozpoczyna się od pytań – w góry, sama? Ale, ale, ciągle to ale! Wyruszając ściskam Mamę. Pozostawiam ją ze słowami: wszystko będzie dobrze. Najpierw podróż, mało arystokratycznym PKS-em z przesiadką, który dowozi mnie do Karpacza. Jest niedzielny, słoneczny poranek. „Tłumy” wyruszają wyciągiem na Śnieżkę, bo to przecież najwyższy szczyt Karkonoszy! Wędrując z plecakiem pełnym konserw turystycznych obijałam się raz po raz o wrzeszczące dzieciaki, jęczących nastolatków i marudzących Panów w średnim wieku. I właśnie w momencie, gdy moje pozytywne nastawienie zaczęło podupadać, natykam się na starsze małżeństwo zbierające grzyby. Krótka rozmowa kończy się obdarowaniem mnie, aż nadto, tymi skarbami. Bogatsza o wiedzę i pożywienie (,bo ileż można żyć na turystycznej?) ruszam dalej niebieskim szlakiem prowadzącym wprost do drzwi Samotni. I nawet Szanowny Pan, który kwituje ów szlak: „tu nie da się chodzić”, nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Dotarłszy do Schroniska ocieram się o mało przyjemną Panią Kierowniczkę. Szalę goryczy przepełnia informacja: „wrzątek płatny”, brak kontaktu w pokoju i zakaz używanie grzałek elektrycznych.

Ponieważ jest wcześnie, już „na lekko” wybieram się na Śnieżkę, a tam oczywiście tłum ryczących, marudzących, niezadowolonych, jęczących. Największą przyjemnością tegoż dnia okazuje się obserwacja wyżej wymienionych, biegnących do wyciągu, który miał zwieść ów przybyszów na sam dół, a za moment miał być nieczynny. I nawet wystające kamienie im nie przeszkadzały, tacy byli zdesperowani! Robocza nazwa tego zjawiska: Bieg Piastów, przylega wprost idealnie!

Powrót jest już „luźniejszy”. Właśnie wracając, spoglądam uważnie na Dom Śląski i uzmysłowiam sobie, iż wygląda jak żółty … Kościół! Skojarzenie jest tak silne, że prawie namacalne. A w tak zwanym między czasie okazuje się, że do mojego pokoju wprowadzili się „młodzi gniewni”. Można uznać, że są całkiem normalni, tylko ten buzujący w ich żyłach testosteron, doprowadza mnie do ughm … bólu głowy!

Rekompensując braki zasięgu sieci komórkowej raczę się wielkopolskim piwem i prowadzę zaciekłe rozmowy o wszystkim i niczym. Lekko się urżnąwszy, mając na uwadze jutrzejszy dzień, owinąwszy się szczelnie w śpiwór, założywszy wszystkie swetry, które miałam, zasypiam. I tylko odgłosy wydawane przez „młodych gniewnych” przerywają mi stan ni to marazmu, ni to snu.

Idę na Halę Szrenicką, na ślepo, bez rezerwacji, licząc, że dla stałej bywalczyni miejsce się znajdzie. Plecak zapakowany, jedzenia jakby nie ubywało, a ja ponownie schudłam 2 kilo. Zrzucając całą winę na górskie powietrze, jeszcze przed wyjazdem, wysłuchuję orędzia wygłaszanego przez „specjalistę ortopedę”. Ów wypowiedź kwituję krótko: „przyjęłam do wiadomości”, a komu w drogę temu…

Jak to jest, że po drodze napotkani turyści w osiemdziesięciu procentach mówią Ahoj?! Tylko nieliczni pozdrawiają słowami: Guten Tag, Dzień Dobry. Przypadek, czy obywatele RP nie zwykli przemierzać polskich szlaków? Po dwudziestu latach obcowania, z racji miejsca zameldowania, zamroczyła mnie na zabój czeska mowa. Dokładnie pamiętam ten moment. Oglądałam film, ten z rodzaju poważnych, o życiu, właśnie po czesku. Ze świadomości: co jak co, ale język mają śmieszny, przeszłam w fazę: cudny! I gdy na szlaku słyszę miękko i melodyjnie wypowiadane Ahoj, jestem w stanie puścić się w pogoń za autorem. Tylko resztki świadomości odwodzą mnie od tegoż zamiaru.

Ostatnio w górach pojawiła się moda na psy. Ale nie duże, masywne, mowa o tych małych, włochatych, drących się dwadzieścia godzin na dobę. Prowadzane są na smyczach przez Równię Pod Śnieżką, po uprzednim wwiezieniu wyciągiem, no bo niby jak by weszły?

Trudy drogi wynagradzają sprezentowane przez obsługę Hali naleśniki, cudownie słodkie, i nocne rozmowy przy kubku gorzkiej herbaty. Po ofiarnej pomocy Paniom Niemkom w zamówieniu bigosu oddaję się błogiemu nic nie robieniu, zapadając w marzenia o przystojnym turyście w moim, bądź co bądź, lekko obskurnym pokoju.  Jednak nawet śniąc na jawie nie zapominam o hucznym powitaniu Panny Ewy w murach Schroniska. Czy huczne było z powodu wspomnianego już przedrostka: panna?

Tymczasem Panie Niemki na polskim bigosie nie przestały, teraz zapragnęły polskich naleśników i piwa, oczywiście polskiego. Chyba obrały sobie za cel spróbowanie wszystkiego co „polskie” – smacznego!

Kolej na dotarcie do Chatki Górzystów.  Szlaki niczym rwące potoki na przemian przemieszane z bagnami. Wielbiciele Facebook’a określili by to krótko: „lubię to”, a ja to uwielbiam! Jedynymi napotkanymi osobnikami są: gadatliwy Pan, w post komunistycznych jeansach, który chyba musiał się po prostu wygadać i rowerzysta w Schronisku Orle, opowiadający historię życia wprost z tatrzańskich ścieżek.

Nocleg  w chatce to osobliwe przeżycia. Oglądając stare fotografie można przez chwilę poczuć się niczym w przedwojennej osadzie usytuowanej na izerskich halach. Ciszę przerywa wejście nieznajomego, a w zasadzie znajomego z wypraw wspinaczkowych. Rozmowa przy gorącym kisielu klei się nadzwyczaj dobrze, aż nieznajomy musi już iść.

Do Chatki dociera grupa studentów pierwszego roku, która wraz ze mną spędza noc w przytulnych objęciach kominkowej sali. Nastoletnie rozmowy przy piwie są miłe, ale po trzech godzinach robią się męczące. Chwila samotności przy świetle świec daje wytchnienie i nowe myśli. Myśli o rycerzu w lśniącej zbroi, który zmierza na ratunek księżniczce w getrach, wyciągniętym wełnianym swetrze po Cioci i wielkich, trekingowych butach. Zatrważające, bo siedzę tu sama…

Myśli o powrocie do wielkopolskiej stolicy nauki, pracy i całej tej doprowadzającej do mdłości karuzeli, wprowadzają mnie w iście szyderczy nastrój. I tylko świadomość wszechobecnych gór powstrzymuje od nader złośliwych komentarzy.

Czeskie piwo smakuje świetnie, niczym powrót w rodzinne, dobrze znane mi strony. Z każdym łykiem czuję się lepiej. Krążący w żyłach alkohol robi swoje. Potęguje doznania. Jakie? Śpiąc w pokoju o nazwie „kopulatka” mogą być tylko jedne!

Godzina późna, chyba pierwsza w nocy, szanowny jeleń od pół godziny ryczy przed moim oknem i nic nie zapowiada końca opowieści. Nie wytrzymując, szukam po omacku latarki, otwieram okno, zimno jak cholera! Świecę bezczelnemu prosto w oczy. Patrzy na mnie z pogardą, obraca się powoli zadem i odchodzi. Wreszcie!

Kolejny dzień to czas spędzony na czeskich szlakach. Trzydzieści kilometrów daje się odczuć. Wracając do Schroniska marzę tylko o gorącej kąpieli i czeskim, zimnym piwie!  Ale powrót okazuje się zaskakujący. Przyrządzając w kuchni jakże wyśmienitą, a jednak pospolitą zupę chińską, taranuję jakiegoś osobnika. Kogoś mi przypomina, ale oczywiście nie wiem skąd. Chwila skupienia i wiem: „młodzi gniewni”! Kto by pomyślał, jakie te góry małe!

Po czasie okazuje się, iż nocleg planuje również grupa ze Stolicy. I ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy razem, spędzamy cudowną noc przy kominku, dźwiękach gitary i śpiewie. Lekko zachrypnięci gniewni kierują się do śpiworów, a ja, już po warszawsku, zaczynam pić wódkę. Nocne rozważania kończą się totalnym zauroczeniem Łematą i zbyt krótkim snem. Po porannym, karnym zresztą, piwie schodzę z plecakiem na lekko miękkich, zadowolonych nogach. Jeszcze tylko podróż autobusem i będę mogła oddać się błogiemu snu. A w domu czeka przepyszne mięso duszone w cebuli.

 

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA